
pamiętam wodę, która nie chciała być
rzeką, choć była lewym dopływem Liffey, i pachniała
jak piwo z rozgrzanego plastiku. wieczory
trzymały się skóry jak tłuszcz z budki przy moście,
pod paznokciami zostawał ciemny osad od poręczy i krzyku.
w szkole korytarze wypełnia mokra wełna. okna są lepkie od
pary z Atlantyku, gdy te z trudnymi nazwiskami
nie mówią przy stole. do dziś nie da się zmyć
tamtego chłodu z dłoni. kręgosłup mam zrobiony ze sznurka,
na którym suszyłeś koszule. nie potrafię mieć domu i wcale
nie chcę mieć. za to kiedy nastawiam uszy,
słyszę, jak ostrzegali was, byście nie biegali
i jak opowiadasz o tym do końca świata.
