
Każda próba ułożenia zbioru niewspółmiernych tekstów musi z konieczności nieść w sobie arbitralność, którą od początku traktowaliśmy jako szansę na ujawnienie mniej lub bardziej oczywistych relacji pomiędzy utworami, a nie powód do serwowania usprawiedliwień (gdyż nic łatwiejszego od zakwestionowania takiego a nie innego układu). Skład tej grupy był jednak dla nas najłatwiejszy do wyłonienia, w dużej mierze samonarzucający się. To teksty, dla których nierzadko (choć oczywiście są wyjątki) fundamentalna jest perspektywa współuczestnictwa w życiu rozumianym largo, jako zoe (życie niezróżnicowane, przekraczające granice jednostkowego bytu, cecha wszystkich organizmów; to, co łączy porosty, pantofelki, pancerniki i pawiany), a nie jako bios (życie obdarzone bio-grafią, życie indywidualne, konkretnej jednostki, określonego zwierzęcia, a najlepiej człowieka jako zwierzęcia wyjątkowego). Gdyby trzymać się greckich źródłosłowów, moglibyśmy nazwać tę część numeru „zoologiczne”, ale za sprawą pokrętnych ścieżek etymologicznych w polszczyźnie „zoologia” kojarzy się raczej z bios, natomiast „biologia” z zoe. Nie chcieliśmy również uciekać się do zbyt szybko szufladkującej kategorii „ekopoetyckie”, choć rzeczywiście w wielu z nich zawarty jest rodzaj troski o wspólny dom (oikos) współdzielonej z innymi poetami i poetkami (wszystkie teksty wchodzące w skład tej grupy są utworami poetyckimi) obecnymi na scenie życia literackiego – dajmy na to od Julii Fiedorczuk i Urszuli Zajączkowskiej po Michała Książka i Stanisława K. Jaglarza. Ktoś inny mógłby chcieć posłużyć się przymiotnikiem „posthumanistyczne”, ale ponownie byłoby to stawianie teorii przed praktyką literacką. Zatem „biologiczne”, choć nie da się ukryć, że zarówno ekopoetyka jak i posthumanizm mogą stanowić dla lektury tekstów (niektórych z nich, nie wszystkich!) ważne konteksty, rzucić dodatkowe światło na rolę, jaką grają we współczesnej poezji aktorzy nieludzcy, składniki tzw. przyrody, i odwrotnie: to literatura, która nierzadko może iść w parze ze współczesnymi rozważaniami teoretycznymi, dobudowywać je. Niezależnie od powyższego, spostrzeżenie George Elliot (przywoływanej często m.in. przez Rosi Braidotti) pozostaje w mocy: „Gdybyśmy ostro widzieli i odczuwali wszystko, co się składa na zwyczajne, ludzkie życie, musielibyśmy niemal słyszeć, jak trawa rośnie i jak bije serce wiewiórki, i zabiłby nas ten ryk, który jest po tamtej stronie ciszy. Tymczasem nawet najbystrzejsi z nas poruszają się po świecie w ochronnej otoczce głupoty”1.
Wie o tym Maciej Borowiak, który kieruje poetycką soczewkę na „problem” chowu przemysłowego. Wie o tym, że technicyzujące wyrażenie „krowy problemowe” może pojawić się tylko tam, gdzie życie wprzęgnięte jest w kapitalistyczne tryby produkcji, a każde odstępstwo od planu produkcyjnego traktowane jest jako kłopot do rozwiązania. Borowiak proponuje zderzenie języka efektywności (Kira Pietrek powiedziałaby „języka korzyści”, a Jason W. Moore odwołałby do logiki „kapitałocenowej”) z językiem podwyższonej empatii, jakim może być wiersz: „milczące po zmroku bydło pracuje / na optymalnych obrotach”. I to poprzez owo zderzenie dochodzi do próby wyrażenia sprzeciwu. Czy wysiłek ten może być skuteczny, czy poezja może cokolwiek zdziałać, jest odmienną kwestią. Poeta ma tego świadomość, skoro rozpoczyna od metapoetyckiej uwagi, że „tytuł jest nienaturalny i ciężki” i przesuwa go do środka utworu. Słowo „siostry” może określać relację pomiędzy osobnikami ze stada, ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że może również charakteryzować emocjonalny stosunek tego, kto się w wierszu wypowiada. Przetworzone przez ekopoetycką wrażliwość krowy-siostry dołączają do innych, obecnych w polskiej poezji, na przykład w tomie Sny uckermäkerów Małgorzaty Lebdy.
W tak ustawionej optyce kluczowym wierszem Bartosza Danisiewicza staje się tekst menażeria. Cechą wspólną wszystkich tekstów z zestawu jest fakt, że bardzo niewiele wiemy o sytuacji lirycznej. Musimy mocno zawierzyć minimalistycznej frazie (co zapewne nie każdemu się uda), by dokonać skoku w ascetyczne imaginarium utworu, w którym ledwie naszkicowane papugi, kameleony i psy zostają zespolone przez dwa elementy: współuczestnictwo w wielkim nurcie zoe („piją wszystkie / z jednej rzeki”) oraz zawieszenie agresji („nie polują”). Czy owo zawieszenie jest rodzajem oczekiwania na katastrofę, stałym porządkiem czy nowym pożądaniem, nie wiemy i być może się nie dowiemy, wiersz chciałby jednak wymusić na nas wzmożoną uwagę („widziałeś?”). Pozostałe dwa utwory zawierają pragnienia wyrażone w bezokolicznikach, przynoszą rodzaj enigmatycznego projektu podmiotu: „przeczołgać przez / maty / szybkoschnące / dla niemowląt”, „zamarznąć / zachować świeżość / schować się”.
O wiele mocniej zakorzeniają (nomen omen) w świecie realnym wiersze Luizy Dubickiej – między innymi poprzez obecność nazw własnych. Fakt, że odsyłają one do obszarów wodnych, zarówno tych łatwych do rozpoznania, jednoznacznie kojarzących się z ekologią (Rospuda, Biebrza, Atlantyk), jak i mniej oczywistych (Tolka i Liffey to rzeki w Irlandii), pozwoliłby zacytować modne konteksty i sięgnąć – dajmy na to – do hydrofeminizmu, przywołać Astridę Neimanis z jej „ciałami wodnymi”2. Zwłaszcza, gdy natrafiamy na incipit taki jak „pamiętam wodę, która nie chciała być / rzeką”, w którym przerzutnia natychmiastowo uruchamia możliwość przepastnej spekulacji ontologicznej. Ale wiersze te nie stanowią żadnej ilustracji uprzedniej tezy, są również w klasycznym (co nie znaczy anachronicznym) sensie starannym, uczciwym i szczerym (cokolwiek to ma oznaczać w poezji) przeglądem dyspozycji osoby mówiącej, osoby uwikłanej w dialog z jakimś „ty”: „kręgosłup mam zrobiony ze sznurka, / na którym suszyłeś koszule. nie potrafię mieć domu i wcale / nie chcę mieć.”
Do wykroczenia poza kategorie antropocentryczne otwarcie nakłania Mikołaj Krzysiek. Skoro „poezja stała się rzeczą do zrobienia”, to pierwszy z utworów stanowi test wytrzymałościowy gramatyki i składni. Czasowniki w drugiej osobie liczby pojedynczej sugerują obecność jakiegoś „ty”, ale mielibyśmy duży problem, aby jednoznacznie stwierdzić, że jest to „ty” ludzkie: „osmozisz, czyli w obie strony”, „mikroplastikujesz, pokrywasz się”. Istnieje oczywiście możliwość, że to metafory kierowane do ludzkiego adresata, ale już samo sięgnięcie do właśnie tego, a nie innego słownika sprawia, że granice jego człowieczeństwa ulegają rozmyciu, stają się porowate. Rozszerzenie aktorów biorących udział w wierszu dokonuje się wprost w drugim z tekstów, w którym bohaterami są nie tylko „wrona na torach” i „pękaty żuk”, ale również „cierpka burza” i „ruda siekiera”. Konstrukcja wersów komplikuje możliwość linearnego odczytania i wprowadza elementy aleatoryczne – po zakończeniu lektury mamy wrażenie, że tekst się zapętla, po ponownym odczytaniu, że miejscami powinniśmy czytać z-dołu-do-góry. Słusznie powiada wrona na torach, „za nic mam wasze / ludzkie pociągi”.
Utwór Bartosza Marca trafił do tej grupy między innymi za sprawą wersu „teraz terra i ciała tworzą całość”. Myślenie w kategoriach planetarnych, holistycznych, o jedności bytów i ich równoprawności, o byciu „na równych prawach” to nierzadko cechy spojrzenia ekopoetyckiego. Choć mógłby to również („również” to również tytuł tekstu) być ironiczny, fałszywy trop, skoro w następnym wersie „terra” mutuje w „terrierki” notowane właśnie w takiej grafii, z podwójnym „r” (niczym w Errosie u Agaty Bielik-Robson). Do finałowego dystychu dałoby się także (lub również) czytać ten tekst jako wiersz korzystający z tradycji obiektywistycznej. Wygłosowy dwuwers tego nie unieważnia, ale wprowadza apokaliptyczną nutę i cichą aksjologię: „to nowy początek, być może ostatni / przy oczku wodnym przysiadło czarne”.
Skoro w tej grupie już znalazł się jeden tekst o krowach, to nie mogło zabraknąć w niej również i utworu Anny Mochalskiej, choć pokrewieństwo z wcześniejszym jest co najwyżej naskórkowe. Pamiętajmy, że nic łatwiejszego od zakwestionowania takiego a nie innego układu i nadmiernie się tym nie trapmy. Trapiące, czy może raczej intrygujące jest za to sięgnięcie do kontekstu biblijnego przywołanego zarówno w tytule (poprzez gatunek przypowieści), jak i w gotowych figurach językowych („siedem krów tłustych” i „siedem krów chudych” przyszło oczywiście ze snu faraona z Księgi Rodzaju; „kłos” i „ziarna” być może z przypowieści o siewcy, „pasterz”, „sól”, „pastwisko” też mogą mieć biblijny rodowód). Ten trop jest momentalnie osłabiany – przypowieść nie jest żadną przypowieścią (kończy się pytaniem), pasterz, który powinien być przewodnikiem „coś kręci”, a ziarno podmieniane jest na „orzeszki z baru”. Solidną pracę poetycką wykonuje puenta tekstu „czy myślisz czasem, że źdźbło / potrafi zmienić korzeń, wrosnąć w ziemię od nowa?” i zadaje dwa fundamentalne pytania: o naturę czasu i o naturę błędu w poezji (aż chciałoby się dopisać „się” do słów „potrafi zmienić korzeń” i zmienić „zmienić” na „zmienić się”). Tekst Mochalskiej pokazuje również, jak silnie wyobraźnia językowa potrafi być karmiona metaforyką agrarną, choć jej biblijne filiacje stopniowo przechodzą w podświadomość polszczyzny.
Tę część numeru domyka wiersz Anny Przysady, który przynależność do grupy zawdzięcza sięgnięciu po figurę „kuny”. Zdaje się, że metaforyka zwierzęca tym razem pozwala na uruchomienie perspektywy moralizatorskiej. Co więcej, nie jest to byle kuna, kuna bo kuna, kuna nijaka, kuna przypadkowa, ale wypchane zwierzę, kuna taksydermiczna, choć nie to jest fundamentem różnicy potrzebnej do wartościowania – człowiek jest równie wypchanym „truchłem ze szklanym wzrokiem” (otwiera to szansę chociażby na potencjalny dialog z książką Krzysztofa Siwczyka Ludzie z taksydermii). Paradoksalnie to kuna staje się możliwością pomyślenia tego, co jednostkowe, podczas gdy człowiek – konwencjonalnie rozumiany jako ostoja indywidualizmu – charakteryzowany jest jako „stadny”. Całość utrzymana w tonie mrocznej przepowiedni („już niedługo będziemy”), co każe zadać pytanie o miejsce i pozycje, z których wypowiada się podmiot(ka) tekstu, ale Przysada zdaje się robić to ze świadomością Herbertowskiej przestrogi o tym, że „nie kocha się moralistów”.
***
Zaproponowane przez Donnę Haraway hasło „Make Kin Not Babies” oraz kategorie chthulucenu i plantacjocenu jako alternatywy dla mimo wszystko egoistycznego pojęcia antropocenu mogą stanowić jeden z cennych punków wyjścia do czytania tekstów ekokrytycznych, czy poszerzających granice ludzkiego doświadczenia o doświadczenia pozaludzkie. Rezonans biologiczny w świetle koncepcji badaczki oznaczałby dla nas próbę dalszego znoszenia granic między ludzkim a pozaludzkim, kreowania, czy bardziej, odnajdywania więzi pokrewieństwa, wzajemne odbijanie i przenikanie, które znosi różnice rasowe, rodzajowe i gatunkowe. Taki rezonans to nie tyle lekcja współczucia i współdrgania, co próba trwałego zniesienia ludzkiej dominacji nad Ziemią i innymi istotami ziemskimi. Zniesienie odbywa się najpierw w samym podmiocie już nie-tylko-ludzkim i nie-indywidualnym, jak u Macieja Borowiaka i Anny Przysady. Przeniesienie doświadczenia zwierzęcego na podmiot wiąże się u nich również z analizą unifikacji, automatyzacji i optymalizacji charakterystycznych dla kapitałocenu. Procesy homogenizacji i przetwórstwa stanowią także oś tekstów Bartosza Danisiewicza, a figura menażerii staje się, jak plantacja u Haraway i Tsing, epicentrum zachodniej nowoczesności. Równocześnie obecny w utworach ton antycypacyjny zdaje się przygotowywać na nieokreślony, lecz nieuchronny moment przełomowy i umieszcza nas w stanie napiętego oczekiwania, zamrożenia na niesprecyzowane „potem”. Przygotowanie, w formie rewolucyjnego sztafażu, odnajdujemy również u Bartosza Marca, gdzie zgodnie z posthumanistycznym paradygmatem „terra i ciała tworzą całość”. Anna Mochalska, w poetyckim, ironicznym przetworzeniu biblijnej opowieści o śnie faraona, także podejmuje temat gromadzenia w oczekiwaniu na nadejście katastrofy, jednocześnie grając zarówno z motywem automatyzacji, jak i wykorzenienia. Jednostka wykorzeniona, lecz jednocześnie jeszcze niewyzyskana i niewyeksploatowana, próbująca ocalić tożsamość poprzez opowieść, jest podmiotką wierszy Luizy Dubickiej, wierszy głęboko personalnych, osadzonych w ramach ulotnego wspomnienia, bliskiej i kruchej impresji, jednak dających się odczytać jako opowieść o podmiocie przesadzanym z miejsca na miejsce, rozproszonym w otoczeniu. Na podobnej zasadzie, podmiot w wierszach Mikołaja Krzyśka jest podmiotem rozproszonym. Równolegle z makroplastikującym „ja”, rozkładowi ulegają również językowe schematy i kolokacje, rozkładowi ulega rzeczywistość, cały świat, uwikłany w cykl powrotów i powstań, zamknięty obieg naturalny i obieg komunikacyjny. Świat, którym rządzi bezwzględne współbycie sprzecznych konceptów, z których każdy dąży do przetrwania oraz napięcie między tym, co naturalne, a tym, co konieczne. Wobec mnogości antagonizmów, widma katastrofy, groźby homogenizacji środowisk i istnień, rodzą się pytania, czy osiągnięcie pokrewieństwa, kinship, jest celem możliwym do zrealizowania oraz czy rezonans prowadzący do rozpraszania i zacierania granic jednostkowego podmiotu jest zjawiskiem pożądanym.
