
Akwarium
Poznaliśmy się na basenie. Wieże do skoków przypominały ptasie głowy.
*
Płyniesz, nie spiesząc się. Ciało pod wodą. Jeden, dwa, trzy. Wynurzenie. Migoczą szkła twoich okularów.
Ramię uderza o taflę.
Spadł pierwszy śnieg tego roku. Wiatr ustał przed świtem. Na zewnątrz musi być cicho, miękko. Parking jest pusty. Jest za wcześnie. Zawsze to powtarzam – jest za wcześnie.
Rozbijasz wodę rytmicznymi ruchami. Dźwięk leci do sufitu, dotyka szkła, płytek, by wrócić do wody. Ruch twojego ciała ożywia pięć tysięcy metrów sześciennych cieczy. Fala za falą – ustępują ci miejsca.
Jeśli się zatrzymasz, znikną i one. Zniknie twój negatyw.
Ramię uderza o taflę. Migotanie – na suficie, na ścianach. Miliony odbić w trójwymiarowej przestrzeni.
Nie włączono lamp. Za oknem srebrzyste poranne słońce. Biel śniegu wpływa do hali, miesza się z turkusową wodą. Nie pozwalasz światłu opaść na dno. Każdy ruch wyrzuca je na powierzchnię.
Ramię uderza o taflę.
Wyobrażam siebie, że woda zmienia się w beton. A ty przechodzisz przez ściany.
*
„Le passe-murail”, powiedziałeś. Przyglądaliśmy się wirującej pianie. Bęben pralki buczał z każdym obrotem.
„Le passe-murail”. Nigdy nie czytałem tego opowiadania. Może ty znajdziesz czas? Przecież chcesz zrozumieć wodę. Im mocniej uderzysz, tym będzie twardsza. Im wyżej staniesz, tym szybciej spadniesz. To dziwne. Nie zostanie nawet pęknięcie w murze.
Po suficie przebiegają turkusowe refleksy.
Kiedy uczyłem się skakać, powtarzałem: „jestem le passe-murail”. Człowiekiem, który przechodzi przez ściany. Tak nazywała mnie mama.
Spojrzałam na twoją zmęczoną twarz. Blask jarzeniówek pociął ją głębokimi cieniami. W tamtej chwili pralnia była najjaśniejszym miejscem na Ziemi. Wyspą czystego, bezlitosnego światła.
Piana na przeszklonych drzwiczkach. Zamknąłeś oczy. Usypiał cię słodki zapach detergentu.
*
Topnieje śnieg. Do rana nie będzie po nim śladu.
Mama mówiła, żebym nie bał się skakać – przecież jestem człowiekiem, który przechodzi przez ściany.
W pewnej książce natknąłem się na przypis o „Le passe-murail”. Okazało się, że to tytuł opowiadania. Nigdy go nie przeczytałem. Nawet nie zacząłem szukać.
Tak jak mama – zadowalałem się odbiciami.
Tamta książka? Był w niej otoczony murem ogród, a w nim akwarium. W murze były zaryglowane drzwiczki, a w akwarium pałac, do którego wstęp mieli tylko wybrani. W pałacu czas płynął bardzo wolno. Sto dni w ogrodzie, sto lat pod wodą.
Sto dni i sto lat jego życia.
Chłopiec próbował otworzyć drzwiczki. Uciec. Pchał z całej siły, na próżno.
Akwarium sprawiało, że czuł się nieswojo. Nie pasowało do tego miejsca: do niebieskiego nieba i zieleni trawy. Do gładkiej białej ściany. Było mętną plamą w czystej kompozycji.
Nadchodził wieczór. Cień muru objął chłopca.
Zamykasz oczy. Usypia cię słodki zapach detergentu.
*
Gdy płynę, kruszę mur. Rysy zbledną zanim zdążę się wynurzyć.
Biel śniegu wpływa do hali, miesza się z turkusową wodą. Nie pozwalasz światłu opaść na dno.
Każde uderzenie przypomina mi o granicy.
Każde uderzenie utrzymuje cię na powierzchni.
Boję się dna.
Musisz być wysoko.
Woda zamienia się w mur, gdy jestem wysoko.
Przepraszam. Zapomniałam. Przecież tak naprawdę nie umiesz przechodzić przez ściany.
Wieże przypominają ptasie głowy. Białe długie szyje, a na nich spiczaste dzioby. Wyważone proporcje. Zgrabne i zdecydowane łuki. To konstrukcje o osobliwej ciężkości. Wyrażają istotę skoku – zdają się czekać na lot i na nieuchronne uderzenie.
Po upadku mamy nie zostało nawet pęknięcie w murze.
Ogród
Ptasie głowy pochylają się nad basenem, ale nigdy nie dotkną wody.
W dniu upadku milczałeś. A potem schowałeś się w łazience.
Otworzyłeś drzwiczki i włożyłeś głowę do pralki. Zupełnie tak, jakbyś nadal był dzieckiem. Poczułeś zapach detergentu. Rozpoznałeś znajome echo. Szum, który gęstniał wewnątrz bębna. A potem zacząłeś krzyczeć.
Nie chciałeś, by ktokolwiek słyszał. Nie chciałeś, by ktoś cię znalazł. Gdy już nie miałeś siły, skuliłeś się na podłodze. Twoje spocone ciało przywarło do płytek.
*
Akwarium połyskiwało w słońcu.
Chłopiec obudził się o poranku. Jego skórę pokrywała rosa. Nad równo przyciętą trawą unosiła się para wodna.
Biały mur.
Po gładkim betonie spływały krople. Czy w nocy padał deszcz? Czy tak zaczął się ten lepki, bezwietrzny dzień.
Po drugiej stronie trawnika wisiały czyste prześcieradła. Zdawały się być odlane w gipsie.
Słodki zapach świeżego prania – pamiętasz, prawda? Tu, między murami, na pustkowiu, nikt cię nie usłyszy. Dopiero za sto dni, za sto lat, twój głos przebije się na powierzchnię. W bezwietrzny dzień.
Gdy Alkione składa jaja, zamierają wiatry. To dla niej król podwodnego pałacu uspokaja morze. Ptaszyca krąży nad wodą, rozpościerając turkusowe skrzydła. Ich cień sięga dna, barwi wodę. Węgorze karmią się turkusem, mnożą i zdychają na cześć Alkione.
Dla niej, ptaka mórz, gęstnieje czas. W bezruchu, w próżni, jest cicho.
Znikają fale. Alkione ląduje, jej brzuch ociera się o chłodną taflę. To tu powstanie gniazdo z piany i węgorzej ikry. To tu wyklują się młode. Gdy tylko pękną skorupki, powróci wiatr. Pisklaki pożre wzburzone morze.
Król podwodnego pałacu kocha tylko Alkione. Nie dba o ich dzieci.
Huk fal zagłusza żałobny śpiew.
*
Chłopiec zagląda do akwarium, głębiej – przez okna podwodnego pałacu. Dostrzega owalny kształt. Skorupkę, półprzezroczystą jak pęcherzyk powietrza.
Jajo pulsuje śpiewem Alkione – a on niesie się do żywych i martwych, których łączy morze. Do węgorzy, które mnożą się i zdychają dla Alkione. Proszę, uwolnij jej wołanie, nie pozwól mu opaść na dno. Niech zadrży w świetle, odbije się od sufitu.
Ramię uderza o taflę.
Dźwięk dotyka szkła, płytek, by wrócić do wody. Biel śniegu wpływa do hali, miesza się z płynnym turkusem. Nie pozwalasz światłu opaść na dno. Każdy ruch wyrzuca je na powierzchnię.
Ramię uderza o taflę.
Wyobrażam sobie, że woda zmienia się w beton. A ty przechodzisz przez ściany. Na białym murze nie widać rys.
„Le passe-murail” nie potrzebuje śpiewu Alkione. Jej żalu i miłości. W jego świecie granice są tylko pozorne. Wystarczy krok, by znalazł się w podwodnym pałacu. Jest migrantem bez zobowiązań – dzieckiem lądu i mórz. Nie straszne mu głębiny ani wiatr.
Wolność to przestrzeń. Ruch jest jej synonimem. Czas podróży nie płynie liniowo, ale podporządkowuje się przemieszczeniu. I, jak wszystko, co zmienne i nieprzewidywalne, jest kruchy. Dlatego „le passe-murail” żyje sam. Obcy mogliby naruszyć ten doskonały stan skupienia.
Wyżłobić rysy w betonie. W szkle.
Gdzie jest granica? Między murami był ogród, w ogrodzie było akwarium, w akwarium był pałac, między jego murami ogród, w ogrodzie akwarium…
Gdzie jest początek?
Skąd dobiega głos Alkione?
*
Nie zostało po mnie ani jedno pęknięcie. Czy za sto dni, za sto lat, mój głos znajdzie drogę nad fale, za mur? Czy wtedy mnie usłyszysz?
Wystarczy szczelina.
Posłuchaj historii o człowieku, który nauczył mnie przechodzić przez ściany.
Zaczął od tekstów, od tego, co myślą inni. Rozpoznania, które nie było moim udziałem. Dla kogo piszesz? Kto to czyta? Skoro nie umiesz spełnić swoich marzeń, powinnaś skupić się na mnie, na moich pragnieniach.
Zaczęłam go nienawidzić. Zabierał mi niepowodzenie.
Sukces należy do wszystkich, pasie się na okolicznych łąkach. Grube, dojne krówsko. Polezie gdziekolwiek, byle żreć i tyć. Niepowodzenie jest wierne. Zostaje przy tobie, ciche i ciężkie. Tylko ty znasz jego prawdziwy smak.
Ale on mi je zabierał! Mówił, twoja bezsilność będzie podstawą mojego szczęścia. Twój brak będzie moim dostatkiem. Jedno nie może istnieć z drugim.
Dobrze, niech tak będzie. Ale odpowiedzialność jest po twojej stronie. Ja jestem wolna. Nic nie mam, więc za nic nie odpowiadam. I dlatego mogę wszystko porzucić. Nawet własne dziecko.
Jestem wiecznie nienażarta, więc nienażarta czuję się naprawdę sobą. Nasycenie mnie paraliżuje. Na szczęście zawsze udaje mi się chcieć. Trzeba czegoś chcieć, nawet jeśli chce się skoczyć. Uderzyć o mur. Prawdziwie żyją tylko głodni.
Żyję, więc jestem głodna. Jestem głodna, więc żyję.
Jest wiele rodzajów głodu: posiadania, bezpieczeństwa… Są nudne, niepotrzebne. Ja wierzę tylko w jeden – w głód-nowotwór. Wspaniały, wrośnięty w tkanki. Taki, którego nie da się usunąć, bo przejął całe ciało. Bez niego nie zostałoby nic. Nie ma mnie, wszystko to wielki, twardy guz.
Taki głód pozwala prawdziwie żyć. Budzi w nocy. Ludziom, którzy go znają, jest zawsze zimno. Pod kołdrą i w piżamie – nic nie pomaga. Chłodne powietrze znajdzie drogę przez najmniejszą szczelinę.
Obok śpi ciepłe ciało, ale nie chcesz się do niego przytulić. Wolisz marznąć, leżeć na skraju łóżka, bezsennie, sennie, niestale. Bez oparcia, bez punktu odniesienia. Jeśli znasz to potworne i satysfakcjonujące uczucie, tę odrębność w przestrzeni, odrębność względem drugiego człowieka – jeśli je znasz, zrozumiesz mój głód. Też się nim żywisz, dzięki niemu żyjesz.
Kimkolwiek jesteś, porozmawiaj ze mną. Tak strasznie mi smutno. Od tego chcenia, oszaleję. Od tego niepoddawania się, krzyczę. Wkładam głowę w bęben pralki i wrzeszczę, ryczę aż zabraknie mi sił.
Porozmawiaj ze mną.
*
„Le passe-murail”, mówisz. Masz zmęczoną twarz. Blask jarzeniówek przecina ją głębokimi cieniami. W tej chwili pralnia jest najjaśniejszym miejscem na Ziemi. Wyspą czystego, bezlitosnego światła.
Otwierasz drzwiczki i wkładasz głowę do środka. Zupełnie tak, jakbyś nadal był dzieckiem. Czujesz zapach detergentu. Słyszysz znajome echo. Usypiający szum, który gęstnieje wewnątrz bębna.
Drzwiczki zamykają się. Machasz do mnie zza szkła. Zmieniasz się w pianę.
Do zobaczenia za sto dni, za sto lat.
Śnieg topnieje. Rano nie będzie po nim śladu.
