
Siedem wieków. Tyle minęło od bulli papieża Grzegorza IX, gdzie Bogusławowi z Gryfitów dali tytuł księcia Kaszub. Tyle też trwa walka o imię – raz polskie, raz niemieckie, raz nasze. Żeby nie rozwadniać rzeki, która płynie nam w żyłach, wielu wzięło za żony swoje kuzynki. Zamiast drzewa, mieli my patyk rodowodowy.
Mój ópa zawsze gadał, że nic to czysta krew w żyłach tchórza, a òjc, że Kaszuba nie zginie, póki ma wodę i sieć. Tylko żaden nie gadał, co jak za tę sieć dawają karabin, a za jeziora tylko babranie w okopach.
Chodził po wsi urzędas Hans. Łapy miał brudne od tuszu, jakby sam już dawno podpisał pakt z diabłem. Przy pasie lśniła mu kabura. Dał i mnie Deutsche Volksliste. Podpisałem, myśląc, że to dokument meldunkowy. I wpisali mnie do trzeciej grupy. Nie wiedziałem, że przyuczenie będzie na froncie, a ja podpisałem wyrok na samego siebie. Dawając mi mundur, gadał, że to nic takiego, tylko męska powinność wobec historii. A co ja jestem winowaty? Nie prosiłem się na ten świat ani na tę wojnę.
Tej nocy wiatr niósł znad jeziora złowróżbny śpiew. Słyszałem go wyraźnie, choć w okolicy nie było żadnych płaczek. Zamiast rwać życia przędzę i iść w śmiertelny popiół, wiłem myśli, jak uciekać. Ópa opowiadał kiedyś legendę o Starym Wężu – potężnej sile gdzieś na dnie jeziora, która dawała mądrość i moc zmiany swojego losu. Kiedy był dzieckiem, to marzyło mi się, by mieć to wężowe serce, ale rzekł mi òjc, że dawno je wykradł jaki Szela. Więc zaś mi została Złota Ryba. Wszak Kaszuba nie zginie, póki ma wodę i sieć.
O świcie jezioro ma kolor ołowiu i mgli się, pełne topielczych dusz. Tafla odbija niebo, choć sam Bóg już nie chce się w niej przeglądać. Cisnąłem w nią kamień, by być pewnym, czy jeszcze żyję. Ach, łaknę wolności! Odpowiedziało mi tylko echo: wolności, ności, ości…
Dla pewnego szmergnąłem kamień, ale zaś wszystko milczało. Ni wołania, ni buntu fal, tylko cztery kółka na wodzie, dziwnie idące w znak krzyża, jakby się ktoś właśnie przeżegnał. W imię Ojca i Syna – za mnie, i Ducha Świętego – za Złotą Rybę.
Z szacunku do swoich rzeczy, rozebrałem się do gołego i na bary zarzuciłem obcy mundur. Jeśli mnie nie osłoni przed zimnem wody, to daj Bóg nasiąknie i pociągnie na dno. Tam, gdzie pomost, jest nasza rybacka łódź. Obdarta z farby i dziurawa, ale wciąż fertich. Na jej dnie, pozwijana jak żyły wyrwane z ciała, leżała sieć. Chwyciłem ją w ręce i poczułem, jak òjc staje przy mnie, a obok mëma, która ni raz, ni dwa łatała jej oka. Uzbrojony w plecionkę i błogosławieństwo przodków, wlazłem do wody łowić swój ratunek. Gadają, że w naszych jeziorach nie żyją złote rybki, że za zimno, że za głośno, że nie dość magicznie. Ale jak kto był na Kaszubach, to wie dobrze, że nie bywa nigdzie bardziej magicznej krainy.
Kiedy po kolana byłem we wodzie, to zimno mi lazło prosto w szpik. Na początku paraliżowało nogi, potem ścisnęło brzuch, aż było przy sercu – źródle mojej męskości. Jo, bardzo malało mi ciało, a rosła wiara. I po każdej zmarzłej kropli krwi rodziła się mi nowa, naiwna pewność, jak u dziecka, co wie, że Złota Ryba gdzieś tam jest.
W końcu stanąłem w miejscu, gdzie woda zdała mi się najciemniejsza. Podniosłem sieć. Była ciężka, nasiąknięta wodą i moim przeznaczeniem. Nie rzuciłem nią z rozmachem rybaka, który zna prawa natury, bardziej z desperacją tonącego, który już się nie ma ani brzytwy się chwycić. Wyczekałem tyle, co każe ostrożność, by sieć dotknęła dna i ruszyła mało mułu. Ciągnąłem nie siłą mięśni, lecz woli. Przez chwilę zdało się, że sieć jest pusta, a wszystko to durne dumania o wolności.
Wtem liny stężały, ale nie od ciężaru jakiej ryby. Zamiast lśniącej łuski, ujrzałem starą, drewnianą tabliczkę z napisem KSIĄŻĘ KASZUBSKI. To był jaki sztuk dawno potopionej łodzi, a dla mnie pomyślny znak. Wyłowić swoje stracone imię, to jak pierwsze, spełnione życzenie, a Ryba jeszcze nie rzekła ni słowa. Wydarłem sobie z piersi lodowe serce, a w jego miejsce wsadziłem drewnianą tabliczkę.
Napełniony wiarą, zarzuciłem jadro jeszcze raz. Stałem tak chwilę, grzany moim nowym sercem, a w jego rytm zaczęły mi w dłoni drgać liny. Kiedy zaś podciągnąłem wonton ku powierzchni, w jego okach zaplątane było coś, co nie miało prawa wrócić z dna. Stare skrzypce, oblepione mułem, a jednak czysto suche w środku, jakby jezioro wiedziało, że tknąć ich duszy to wielkie bluźnierstwo. Obok leżał śpiewnik, taki co z niego mój ópa darł pysk na weselach, półprzytomny od gorzały i dumny, co zna wszystkie nuty od Helu po Chojnice.
Wziąłem skrzypki w ręce. Drewno jęczało jak zastane gnaty, a struny odezwały się prosto melodią swojej pamięci. Pierwszy dźwięk był jak jęk ziemi, drugi jak skrzenie piekielnego ognia, a trzeci jak modlitwa, którą gadają ci ludzie w chwili śmierci. Zanim strach mi wlazł w serce, to palce same zaczęły rzępolić marsza, bo Nigdë do zgùbë, nie przińdą Kaszëbë! Nigdy do zguby, nie przyjdą Kaszuby!
Śpiewnik z miłością wsadziłem w swoje piersi, obok drewnianej tabliczki. Chwyciłem sieć do ostatniego rzutu, ale ręce mi opadły. Patrzyłem w taflę jeziora. Woda wciąż była ołowiana, lecz teraz, gdzie jakoś pod powierzchnią, widziałem więcej niż jedno odbicie. Nie mniej niż sto twarzy – ópã, ómã, òjca, mèmã, moje siostry Trudkę i Gretę, sąsiadów Józefa, Janeczka i samego Bogusława z Gryfitów. Patrzyli na mnie z milczącym przyzwoleniem.
– Wolności! Wolności! Wolności! – ryczałem, a ten raz echo odpowiedziało mi wieloma głosami. Nierówny chóralny śpiew ruszający się z lasu, wody i nieba: wolności, ności, ości!
Pośród tego piania usłyszałem krzyk za plecami. Świat wrócił.
Fryce szwargoczą, buty metalicznie stukają, światło latarek przedziera się przez ciemny poranek. Niemcy wydarli mnie z wody, tak jak wyciąga się sieć pełną ryb. Leżałem na brzegu zmarznięty i do gołego obnażony, z drewnianym sercem i godnością na wierzchu.
– Was machst du hier?! – ryczał do mnie jeden z nich.
Udawałem głupiego. Nie musiałem wiele grać, szczękę miałem zdrętwiałą, mózg na pół ugotowany lodem, a skórę złuszczoną jak u świeżo wyfiletowanej ryby. Jo, rozumiałem każde ich słowo, a oni wiedzieli, że rozumiem.
Złapali mnie i ciągnęli do lasu po miękkiej ziemi, która miała w sobie tyle ludzkich członków, że czułem je pod plecami zbierane wraz z gałęziami: kolano, paliczek, kawałek szczęki. Ta ziemia już długo temu była cmentarzem, lecz nikt jeszcze nie wbił tu krzyża.
Fritz pochylił się nad mną, chciał coś rzec. A ja zrobiłem to, co ostateczne wolno mi było teraz zrobić. Naplułem mu w twarz. To był moment, najpierw ogłuszył mnie kolbą karabinu, a potem przyłożył lufę do skroni. Przez chwilę zdało mi się, że widzę w jego oczach drżenie. Może wahanie, a może odbicie wschodu słońca. Dosłownie na sekundę wyszedł z niego żołnierz, a pojawił się chłopak, który też kiedyś rzucał kamienie do wody.
Ten moment był jak delikatne tchnienie wiatru, za słaby, by zmienić mój los i przynieść odpuszczenie. Świat zrobił się czarny, potem żółty, a moją duszę do nieba poniósł piękny, czerwony Gryf w koronie z białego złota.
