Algorytmiczne

Dość szybko zgodziliśmy się, że właśnie ta grupa powinna zamykać numer. Jeśli rezonanse wywoływane przez ciało należą do tego, co „najbliższe skórze”, pierwotne, pierwsze, to algorytmy wychylają się – pozornie – ku temu co jest ciału najdalsze, co nadeszło najpóźniej, jest najbardziej sztuczne. Jeśli ciało jest ciągłe i analogowe, algorytm jest wykonywany etapami i przychodzi ze świata cyfrowego. Co więcej, jak przekonywał bardzo modny myśliciel już ponad dekadę temu, algorytmy sięgają w przyszłość, „algorytmy będą dominowały w XXI wieku. «Algorytm» to zapewne najważniejsze pojęcie w naszym świecie”1. Algorytm to instrukcja, przepis jak coś zrobić. Tym samym pozwala powrócić do kwestii ciała – tym razem ciała utworu – i zadać pytanie o kody językowe i tekstowe, o to, jakie algorytmy zostały uruchomione przy pisaniu. W grupie tej pomieściliśmy zatem teksty, które rezonują w mega i gigahercach rzeczywistości cyfrowej oraz na częstotliwościach metapoetyckich i związanych z rzemiosłem (czyli siłą rzeczy z językiem).

Słowo-klucz tej grupy pojawia się eksplicytnie w zestawie Franciszka Dziducha, co więcej – i jest to kolejny element wspólny dla paru tekstów tego numeru – od razu w kontekście, który może ewokować dystopijne odczytania. Powiedzieć „kto słucha naukowców / gdy algorytmy tak hipnotycznie / lustrują”, to stwierdzić, że aktualna odsłona digimodernizmu (określenie Alana Kirby’ego; a prościej – świat cyfrowy), przede wszystkim dąży do nieuświadomionego zniewolenia i inwigilacji. Nic nowego? Być może, ale zmieniają się narzędzia, które są do tego angażowane. Zatytułowanie wiersza nazwiskiem jednego z technolordów, moguli Doliny Krzemowej, prezesa OpenAI jest ikonicznym gestem kolejnej zmiany warty.

Niejako w odpowiedzi na takie rozpoznanie Jakub Głuszak odpowiada „Ja nie mam wymówki / mam jedynie dystansik, ironię, soczyste // serio”, od razu podcina powyższą deklarację (budując wobec niej dystansik) „A może żarty”, i to wszystko włącza w wirtuozerskie wykorzystanie najbardziej klasycznych algorytmów liryki, czyli sonetów. Głuszak przechwytuje slogany współczesności, dajmy na to nadmierną troskę o własny dobrostan, czy nienegocjowalny imperatyw produktywności („Jak praca to nad sobą; jak hobby, to płatne”), ale za każdym razem po to, aby zbudować prymat wiersza nad światem, nie odwrotnie. W ten sposób do tekstu mogą trafić zarówno intertekstualna gra z piosenką dla najmłodszych, jak i nazwa leku antydepresyjnego. Wiersze te w sposób na tyle szczery, na ile to możliwe w poezji mówią, że dobry rym (a jest ich niemało) w dalszym ciągu jest wartością artystyczną.

W triadycznym rytmie przychodzi z kontrą do takiej kontry Paweł Kozioł, który mówi, że „pokazać język / to cofnąć to w rozwoju / o sto lat”. Fraza łączy oba wymiary „algorytmów” – ten cyfrowy, i ten poetycki. Możemy odnieść wrażenie, że w wierszu zatytułowanym AGI, a zatem „ogólna sztuczna inteligencja” (Artificial General Intelligence), słowa, które w pierwszej chwili mogą dotyczyć języka programowania, w drugiej, siłą elipsy („cofnąć to”, czyli „co” dokładnie?), zostają wyniesione do poziomu ogólnej refleksji teoretycznej. Wobec wizji usamodzielnionej sztucznej inteligencji być może język i dotychczasowe systemy kapitulują („przegrały firmy, centra danych, hodowle / zakażonego krzemu”). A może sprawa jest bardziej skomplikowana? Kozioł, szachista (autor powieści Wariant la Plata), wie, że w strategii długodystansowej nierzadkie jest chwilowe osłabienie. Czy to dlatego drugi wiersz wychodzi od malarstwa średniowiecznego i przywołuje długie trwanie sztuki?

Wątpliwości nie ma Joanna Mueller. Jednym z jej algorytmów twórczych jest eksplorowanie meandrów języka, który osobom czytającym zaczyna jawić się jako język jak by nie patrzeć obcy. Zbudujmy tutaj naprędce listę przydatnych słówek. „Amenorrhea” – brak miesiączki; „perimeno” – zapewne „perimenopauza”, czyli okres poprzedzający menopauzę (na tej samej zasadzie zbudowane wyrażenie "hormo słabo metabo”); „edmontonia” – gatunek dinozaura. Świat i język Mueller zdają się nie od dziś bezgraniczne. Drugi utwór wchodzi w silne rezonanse ze słownikowymi rejestrami organizmów wodnych i kulturą japońską. I w tym wszystkim kapitalna, agramatyczna fraza „ale nigdzie się nie umieram / rozkładam kiecę mieszczka na włościach”. Poetka może się nigdzie nie umierać, bo gdy jej włościami jest język, nigdzie się nie musi też wybierać – jest zawsze tu, w wierszu, nawet jeśli „solo”, jak mówi jego tytuł.

W ciekawy dialog z algorytmem wchodzi Sławomir Płatek, który motto wiersza podpisuje „SI Gemini”. Nie wiemy, czy to mistyfikacja, czy autentyk, cokolwiek by to miało w tym momencie oznaczać (podejrzewam że autentyk), ale cóż to za soczyste, pełnokrwiste zdanie! „Jesteś konstruktorem destruktów. Tylko w usterce ocala się przyzwoitość faktu” to więcej niż nierzadko da się pomieścić w niejednym wierszu. Płatek pokazuje, że sztuczna inteligencja nie jest zagrożeniem dla poezji, ponieważ ta druga, funkcjonując poza rynkiem (co nie znaczy poza polem literackim), posługuje się odmienną ekonomią – krążeniu kapitału przeciwstawia krążenie sensu. Tak przynajmniej rozumiem gest sięgnięcia po rzekomo wygenerowane słowa. Bo po co pisać dobrą poezję? Może w tym samym celu, w jakim można robić dobre zdjęcia „żeby robić coś dobrego, ale to banał; może chodzi właśnie o banał”. Takiemu banałowi, odbiciu w samochodowym lusterku, banałowi który przeradza się w o wiele poważniejszy „blask”, poświęcony jest pierwszy wiersz z zestawu Płatka.

Na pracy na kodzie językowym całkowicie skupiony jest wiersz Weroniki Stępkowskiej. Prawie co wers to zagadka do rozszyfrowania, która czasem pragnie wejść z czytelnikami w relację bliskości, intymności, czasem zaś pozostawić z poczuciem bezradności, na progu, nie wpuścić do siebie. Bo cóż zrobić ze zbitką „kurtką, kurką, kurią // (bis! kupią):”? Oczywiście dostrzeżemy mechanizm pogłębionej aliteracji, fałszywych figur etymologicznych, eksplorowania anagramatycznej nieświadomości języka, ale sama zasada budowania tego, a nie innego, analogicznego szeregu ufundowana jest na odmowie, niemożności akcesu. Być może właśnie w tym rozpoznaniu rzecz, skoro puentą jest inwencyjne „niemodlęcie”. Ci, co się nie modlą, nie zgłaszają zgody na podporządkowanie mowie budowanej na jakiejś transcendentalnej zasadzie, pozostają z „gaworzącą mordką”.

Do tej części zdecydowaliśmy się zaszeregować też jedyny w numerze dyskursywny tekst polemiczny, ponieważ dotyka mechanizmów literaturoznawstwa i krytyki literackiej. Tekst Grzegorza Tomickiego dotyczy bardzo konkretnej sytuacji tekstowej (rozmowy Karola Płatka z Oskarem Mellerem o Tomaszu Pułce), ale jej jednoznacznie nie identyfikuje (robię to za niego), choć podaje adres bibliograficzny (czerwcowy numer tegorocznej „Odry”). Nie zgadzam się z Tomickim: ani w kwestii tego, co rozpoznaję jako podstawowe tezy tekstu (z jednym wyjątkiem), ani w zakresie obranej strategii retorycznej i stylistycznej. Polemikę dołączamy do tej grupy, ponieważ w pewnym wymiarze dotyczy kodów językowych. Tomicki zdaje się twierdzić, że sprawdzone kategorie literaturoznawcze „kolaż, parodia, trawestacja” w jałowy i nieprecyzyjny sposób zastępowane są pojęciami „samplowania, remiksowania, sequelizacji”. Warto przekonać się, czy słusznie, przede wszystkim poprzez sięgnięcie do źródłowej rozmowy. Tym bardziej, że jej spora część poświęcona jest działaniom Pułki na obszarze cyberpoetyckim, a Meller twierdzi, że istnieje w jego twórczości „pewien rodzaj form(at)owania, który sprawia, że […] wiersz może być programem, który ma zepsuty kod. A kiedy ten kod uzupełnimy, znajdziemy do niego algorytm, program zacznie się zapętlać i działać już poza jurysdykcją Pułki”2, co rozszerza naszą kategorię „algorytmów” o dodatkowe znaczenia.

Finałową grupę tekstów zamyka słabiej reprezentowana i w tej części i w całym numerze proza. Kuba Wojtala z socjologizującą przenikliwością sięga po zabawkę, która doskonale oddaje nostalgię millenialsów żywioną wobec ośmiobitowego, najntisowego dzieciństwa i pisze o tamagotchi. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że autor przenosi nas w świat, w którym gigantyczne skaczące piksele w obudowie w kształcie jajka sprzedawały się jak gorące bułki, jedynie po to, aby równolegle przywołać wspomnienie komputerów Commodore, joysticków, które tak szybko odchodziły i wydusić retrołezkę. Wraz z Miłoszkiem z tamagotchi zadaje pytanie niekoniecznie nowe, ale fundamentalne. Jakim życiem jest życie cyfrowego bytu? Jeśli dziecko przeżywa żałobę po śmierci pikselowego stworka i możemy podejrzewać, że podobnie reagowałoby na śmierć ulubionego chomika, to czy urealnia to jakoś śmierć cyfrową? Tekst jest oznaczony jako fragment powieści „Oznaki życia”. W semiotyce mówi się czasem zarówno o znakach, jak i o oznakach, a te drugie cechuje naturalny związek z tym, co oznaczają (klasyczny przykład: dym jest oznaką ognia), co pozwalałoby nam dobudować parę pięter interpretacji. Ponieważ jednak jesteśmy na polu literatury, nie nauki, możemy być też zwyczajnie ciekawi, w którą stronę to symboliczne badanie życia skieruje się w przygotowywanej książce: czy znaczone będzie dzieciństwo, czy ontologiczna granica życia? A może jedno, i drugie?


  1. Y.N. Harari, Homo deus. Krótka historia jutra, przeł. M. Romanek, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2015, edycja kindle, loc. 1640.↩︎

  2. Z którego pokoju mówi do nas Tomasz Pułka? [z Oskarem Mellerem rozmawia Karol Płatek], „Odra” 2026, nr 6, s. 60.↩︎

+

***

Na koniec rozczłonujmy słowo „rezonans”. Otrzymamy powtórzenie w przedrostku re- oraz brzmienie, sonare. Schemat powtarzania i odbijania, duplikowania, rejestrowania i zwracania w pewien sposób przypomina działanie algorytmu. Przyjmowanie i wyrzucanie. Wejście, odbicie, wyjście. W zbiorze tekstów skoncentrowanych wokół rezonansów algorytmicznych tematem przewodnim są algorytmy zarówno językowe, algorytmy odbioru, jak i algorytmy cyfrowe. Pierwszym algorytmem przetwarzania (a może wytwarzania?) rzeczywistości jest ludzki język, którego sploty rozszczepia w swojej twórczości Joanna Mueller, nagromadzając znaczenia i brzmienia, mówiąc jednocześnie o kobiecej cielesności i podmiotowości wpisanej w procesy. Z zupełnie inną dykcją, „Pelagialami metafor” – co ciekawe, tak jak Mueller splatając język i wodę – operuje Jakub Głuszak, czyniąc z aktu twórczego algorytm zapośredniczający odbiór, algorytm ostatecznie mówiący przede wszystkim o samym sobie. U Stępkowskiej z kolei słowo staje się ciałem, zostaje zaszeregowane w porządek biologiczny. Język ustawia naszą relację z tym, co zewnętrzne i jak zauważa Grzegorz Tomicki w swojej ironicznej ripoście, dotyczy to również pola literackiego i kreowania postaw czytelniczych za pomocą językowych strategii. Autorzy tekstów przyglądają się również miejscom styków między człowiekiem a technologią, między ciałem a językiem i stawiają czoła rzeczywistości widzianej w krzywym zwierciadle algorytmów sztucznej inteligencji, które jak u Franciszka Dziducha „hipnotycznie lustrują”. Kuba Wojtala przygląda się momentowi zatarcia granicy między tym, co ludzkie a tym, co poza-ludzkie, cyfrowe, co życie jedynie imituje. Powielenie rzeczywistości (moglibyśmy powiedzieć nawet, coveryzacja), następuje w tekstach Sławomira Płatka, gdzie świat ugina się do narzędzi, którym go rejestrujemy i przetwarzamy. Tak jak zdjęcie, klisza, może być według Susan Sontag narzędziem zawłaszczania rzeczywistości, tak obecnie staje się nim model językowy SI, ironicznie cytowany przez autora w motcie, ustawiając odbiór rzeczywistości tekstowej. Algorytmy kreowane są zarazem na podobieństwo i niepodobieństwo swoich ludzkich bogów, powielają lub przeskakują kolejne etapy ewolucji, jak w utworach Pawła Kozła. Ludzkością zaś kieruje hipnotyczne marzenie o takim algorytmie, który ogarnąłby wszystko.

+