Graniczne

Hanna Jankuta jest białoruską pisarką, tłumaczką i badaczką literatury, autorką powieści, tomów poezji oraz książek dla dzieci. Dzięki jej działalności na białoruski przełożone zostały wybitne utwory polskiego modernizmu czy anglojęzycznej klasyki; poza bogatym dorobkiem translatorskim pozostaje ona także interesującą autorką tekstów oryginalnych. Jej premierowy dla polskich czytelników zbiór wierszy Konstytucja został przełożony przez Bohdana Zadurę i opublikowany w wydaniu dwujęzycznym nakładem Warsztatów Kultury w Lublinie, w serii wydawniczej Wschodni Express.

Konstytucja to książka tyle konceptualna, ile skupiona na częściowo intymnym, częściowo uniwersalnym zapisie doświadczeń podmiotu; wszystkie zebrane w niej utwory zbudowane są na tej samej zasadzie – kolejnym artykułom białoruskiej konstytucji towarzyszą utwory poetyckie, które czasem rozwijają zapisy z tekstu prawnego, czasem z nimi polemizują, czasem zaś poetycko rozbudowują ich zakres na przestrzenie wykraczające daleko poza doraźnie rozumianą politykę. Jak zresztą czytamy na końcu zbioru, autorka wykorzystała fragmenty konstytucji z 1994 roku z poprawkami i uzupełnieniami z 1996 i 2004, obowiązującymi 9 sierpnia 2020 i 24 lutego 2022 – po referendum 27 lutego 2022 dokument został po raz kolejny zmieniony.

Konstytucja jest zatem pewnego rodzaju archiwum historycznym, a także pamiętnikiem przeżyć poetyckiego „ja” i zarazem jawnym gestem politycznym, wchodzącym w dyskusję z językiem prawa oraz wykorzystaniem go przez systemy polityczne. Działanie owych dyskursów zostaje odniesione do niejako dwóch poziomów refleksji jednocześnie – pierwszym z nich zawsze jest wspomniana podmiotowość; jak czytamy na przykład w Artykule 3, komentującym zapis konstytucyjny o władzy i suwerenności (Jedynym źródłem władzy państwowej i podmiotem suwerenności w Republice Białorusi jest naród…):

Dawno nie chorowałam

i nie wiem, co się dzieje –

ciało mnie nie słucha,

zachowuje się tak,

jakbym nie była jego panią,

a ono – moim oddanym żołnierzem,

strzałą, która ze świstem przecina powietrze

i drży, trafiwszy w cel,

chartem, którego wytresowali

i wreszcie wzięli na polowanie,

chce leżeć w łóżku

i jeść słodycze,

podnosi się i natychmiast pada,

jest złamaną trzciną,

wywróconą łódką,

nieźle byłoby odzyskać

nad nim władzę.

Jasne staje się w tym momencie przecięcie porządków prywatnego i politycznego, suwerenności ciała i państwa, walki politycznej i samodoskonalenia, przemocy i słabości – historie republiki i podmiotki przeplatają się i przenikają, konstytucja państwa tłumaczy konstytucję osoby i na odwrót.

To oczywiście wyraźny komentarz wobec wpływu języka na jednostkę i społeczeństwo, a także pytanie o relację odwrotną – sprawczość obywatela, obywatelki w zakresie zmiany państwowego ładu. Opowieść ma jednak inny istotny wymiar – opowiedziane historie zostają od razu włączone w porządek rozważań kosmicznych, dywagacji nad prawami natury i fizyki, wyobraźni kreacyjnej i zarazem przyszłości. Autorka nieustannie mierzy się bowiem z kondycją materialnie postrzeganej przyrody w obliczu następującej katastrofy zafundowanej przez antropocen. Opresja polityczna i prywatne cierpienie przestają funkcjonować na zasadzie wyłącznej opozycji – zostają rozrysowane na planie uniwersalnym i zarazem przerażająco konkretnym. Porusza to już Artykuł 1, komentujący wypis z konstytucji o władzy państwowej nad terytorium oraz zapewnianiu niezależności i integralności. Odwołuje się on zarazem do czterech wymierań jako nieuniknionej perspektywy, podważając zakres działania ludzkich systemów, w tym języka:

W wymieraniu nie ma niczego

ponadnaturalnego,

ono wpisane jest w kalendarz,

rozpisane na litery alfabetu.

Pierwsze wymieranie

to ci, co są na A, Б i B,

pozostali się przygotowują.

Drugie wymieranie –

a ja posłusznie staję w kolejce

(poszczęściło mi się z nazwiskiem)

i patrzę, jak mój świat

przesiewa się przez sito.

Za mego życia umierali

ludzie (wielu ludzi), słowa, kraje,

prawa,

znam więcej tego,

czego już nie ma,

niż tego,

co jeszcze zostało.

Wymieranie odnosi się tu również do czystek politycznych, okazuje się konsekwencją zarówno kryzysu klimatycznego, jak i systemowej przemocy wymierzonej w obywateli: punkt obserwacji tych zjawisk ponownie stanowi perspektywa indywidualna.

Autorce udało się zatem połączyć poziomy refleksji często uznawane za rozdzielne oraz niemal machinalnie prezentowane w serii wskazanych już przeciwieństw. Tym samym książka nie popada w schematyczne tłumaczenie polityki oraz rozmaitych kryzysów, lecz rozgrywa je jako współobecne i współdziałające – prawo, choć umowne i kwestionowane, ma konsekwencje dla życia zbiorowości i jednostek; jest zarazem niczym dla sił natury i jednym z winnych spodziewanej katastrofy. Poetycka historia toczy się gdzieś w napięciu pomiędzy tymi zależnościami, pokazując dosadnie, ale i paradoksalnie subtelnie, kondycję autorytarnego kraju, jego mieszkańców i globalnego społeczeństwa. Gdyby chwytać się modnych haseł, wypadałoby powiedzieć, że jest to książka zaangażowana, ekokrytyczna i samoświadoma – właściwie jednak Konstytucja trudno wpisuje się w podobne schematy poznawcze, bo nieustannie powraca do „ja” jako medium wszelkich procesów.

Jednocześnie jest to poezja raczej komunikatywna, pozbawiona rozbuchanych metafor i eksperymentów składniowych, a do tego operująca dość klasyczną wyobraźnią poetycką – sporo w niej nieba (gwiazd, słońca, księżyca), żywiołów (wody, ognia, powietrza, ziemi oraz powiązanych z nimi rekwizytów i emocji, takich jak zwierzęta wodne, ptaki czy rozgorzały gniew), ciszy, głosu i luster. Nie jest więc ona pod kątem językowym zaskakująca, ale zgrabna, choć czasem popada w dosłowność czy wręcz anegdotyczność, jak w Artykule 27, dotyczącym zakazu wymuszania zeznań:

Mogę coś powiedzieć

jedynie o następstwach

Wielkiego Wybuchu.

Świadkowie tego, co było wcześniej,

podpisali oświadczenia o zachowaniu poufności.

Albo Artykule 30 (o prawie do nieskrępowanego poruszania się):

Kasa, gdzie sprzedają bilety

do przeszłości,

jest zamknięta – remanent,

ale są jeszcze miejsca

w ostatniej arce z dinozaurami,

która za chwilę odlatuje

z półwyspu Jukatan

i o włos minie się z meteorytem.

Jest to więc dykcja ciążąca raczej ku zrozumiałości, a nawet klasycyzująca, mimo konceptualnej formy – widać to także w wykorzystaniu tradycyjnych wizji podmiotowości jako siły, która nieustannie poszukuje porozumienia z innymi bytami, jak w Artykule 34 (dotyczącym prawa do informacji, w tym informacji publicznej):

Cisza w moim kosmosie –

najcichsza ze wszystkich

znanych po tej stronie lustra,

nie cisza, a uciszenie,

wpatrujesz się w swoje odbicie

i przez chwilę zatyka ci uszy,

słyszysz, krew w nich wybucha,

zderzenie na skalę galaktyczną

jest takie bezgłośne,

że zaraz zwariujesz,

żadnej wibracji w próżni,

tej ramie z cienką warstwą aluminium –

pustce między ciałami niebieskimi

i ziemskimi,

jednak nawet w niej coś łowię,

słyszę dźwięki w falach radiowych

i odzwierciedlam odpowiedź

na złotych płytach

i krótkiej fali.

Ale trzeba, żeby gdzieś tam

ktoś ją odebrał.

Konstytucja pozostaje jednak – przy całej swej oszczędności i niekiedy popadaniu w znane liryczne rejestry – propozycją ciekawą ze względu na balans pomiędzy politycznością a wyobraźnią oraz ukazaniem ich działania i zwrotnych relacji w obrębie innych sfer refleksji. Zderzenie języka prawa z ironiczną niekiedy obserwacją pozostaje przy tym cennym zapisem zmian rzeczywistości. Mam także wrażenie, że poezja białoruska jest jedną z najrzadziej komentowanych literatur sąsiednich wobec polskiej, a niezwykle ciekawą – literacki komentarz do zmieniającej się konstytucji jako narzędzia kontroli społecznej pozostaje przy tym interesujący nie tylko jako wgląd w funkcjonowanie konkretnego państwa, lecz także jako ponadnarodowe narzędzie krytyki politycznej. Jest to książka grająca raczej na ciszy niż rewolucyjnej swadzie, ale wciąż możliwa do odczytania jako quasi-dokument podmiotowości kształtowanej przez autorytaryzm i rozmaite kryzysy, czytelna i świetna jako pierwszy kontakt z literaturą zza wschodniej granicy.

+