Graniczne

Według typologii Deleuze’a i Guattariego terytorium możemy definiować jako układ powstały w wyniku zdekodowania środowisk, przejęcia oderwanych w tym procesie elementów i nabrania przez nie cech „własności”. Dynamika pomiędzy procesami terytorializacji, deterytorializacji i reterytorializacji stanowi podstawę systemów tworzenia i organizowania rzeczywistości. Procesy w takim samym stopniu dotyczą zarówno systemów całkowicie od nich zależnych (kapitalizm oparty immanentnie na procesie ciągłej deterytorializacji) oraz czynników, które ze swojej definicji stoją w poprzek warstw, układów i terytoriów świata, jak duchowi i fizyczni koczownicy, włóczędzy przekraczający granice i wytyczający własne abstrakcyjne pola. Rezonanse graniczne, jak zdecydowaliśmy się nazwać ten zestaw tekstów, dotyczą procesów kształtowania, definiowania, a następnie przekraczania terytoriów. Terytoriów zarówno namacalnych, związanych z ziemią i jej historią, jak i terytoriów kulturalnych, moralnych, indywidualnych i onirycznych. Rezonans rozumiany tu jako napięcie i wzajemne oddziaływanie i nachodzenie na siebie procesów twórczych, destrukcyjnych i zastępczych; jako przenikanie i zacieranie się granic terytoriów i stanów, pole gromadzenia energii uwalnianej następnie poprzez drganie.

W opowiadaniu Oskara Czapiewskiego w oczywisty sposób na pierwszy plan wysuwa się terytorium namacalnie związane z historią miejsca, kulturą i religią. Narrator-bohater wkracza na teren sobie obcy, lecz wkracza jako turysta. Nawet narracyjnie, na krótką chwilę (jak na turystę przystało), staje się gościem w rejestrze Foucaulta. Jako bohater wstępuje do świątyni. Czy przekracza granicę? Granicę poznania, wtajemniczenia w obcą sobie religię, kulturę, system norm i wartości? Czy jedynie przesuwa ją i poszerza tak by znaleźć się na terenie sobie obcym bez konieczności doświadczenia momentu przejścia? Patrzy na każdą nieznajomość oczyma turysty, który chce ją zawłaszczyć, uspokojony – gdy znajdzie coś familiarnego, zafascynowany – gdy otoczenie przypomni mu o swojej obcości. W spięciu samowitego i niesamowitego nie szuka wzniosłości lecz zdobyczy. Kobieta „nie z tego świata”, jedyne „niezarobaczone jabłko” jest jednym z artefaktów kreowanego przez perspektywę narracyjną Orientu – podobnie jak pierwsi podróżnicy przybywający z Europy do Azji Wschodniej postrzegali kobiety miejscowe jako egzotyczne, tajemnicze, a zarazem seksualnie nienasycone i odczłowieczone bestie. Hatice, fetyszyzowana nawet przez język, jest wpisana w motyw kobiety przewodniczki, tej, która wprowadza, łącznika, kobiety-latarni, zredukowanej do swojej funkcji, do imienia obracanego w ustach. Punkt widzenia potęguje narastanie mitu, uwidacznia granicę, nie przełamuje jej w żadnym momencie. Tytuł Islam INC. umieszcza nas w ironicznej analizie instytucjonalizacji religii, komercjalizacji oświecenia. Stosunek ponowoczesnego turysty do przestrzeni, miłości i wiary jest zawsze konsumpcyjny i jest zawsze relacją dominacji. Centrum Edukacyjne, instytucja, pseudo-kod deterytorializuje to, co wcześniej przynależne do sfery sakralnej, otwiera i zarazem zaprzęga do maszyny, poszerza granice kosztem wywłaszczenia.

Proces deterytorializacji jest ściśle wpisany w oba teksty Morgana Toporyńskiego. Początkowo umieszczeni zostajemy w miejscu, czasie, przestrzeni. Zostajemy zdefiniowani przez granice. Między majem a grudniem, między światłem a ciemnością, między zdemilitaryzowanym Giverny a resztą Francji i jej gnijącym mięsem, między narodzinami a śmiercią, między delirium a jawą. kwas w spojówkach namacalnie przeciwstawia stany graniczne powołując do życia terytorium. Badając fakturę ścian, tworzy dopiero ograniczany przez nie pokój. Przyszpilamy miesiąc, zatrzymujemy miejsce – lipiec. Deterytorializacja siebie, terminologia, do której bezpośrednio sięga Toporyński, tutaj jawi się jako proces ucieczki, próba pewnego czasowego rozpraszania się w przestrzeni, przyjmowania jej elementów, dekodowanie, utrata przestrzennej przynależności. Rozpad wewnętrznej integralności jednostki, chociaż jakby niekompletny i niezupełny, bo dokonywany w sposób „specyficzny” i „indywidualny dla siebie”. Odczuwamy znów duszność zamkniętego pokoju, terytorium o ścisłych granicach i jeszcze ściślejszych kontrastach. Podmiot jest rozciągnięty między krańcami, umieszczony gdzieś na styku miedzianego parku i aloesowo-arbuzowej klatki.

Pozostajemy w miejskim entourage’u i lecimy prosto na dach dziesięciopiętrowego bloku. Patrzymy w dół i próbujemy stłumić zawroty głowy. W wierszach Amelii Pudzianowskiej mamy do czynienia z pewnym rodzajem widzenia równoczesnego, rejestracją odpodmiotowioną, czymś w rodzaju blokowej impresji. Podmiot zostaje rozproszony pomiędzy obiekty, które wzajemnie się przenikają, zrastają się ze sobą. Jakby w tym niedzielnym obrazku ktoś rozmazał ostrość, jakby wszystko było naraz trochę tym i trochę innym, w procesie sennego stawania się. Próbujemy zarysować granice, ale linie nachodzą na siebie, stają się nierozróżnialne, wszystkie kreślone tym samym ołówkiem jak w niedokończonym szkicu. Podczas gdy Niedziela wieczór tytułem zamyka nas w czasie, Klatka zamyka w przestrzeni, a w wydzielonych w ten sposób terytoriach wszystko drga, uwiera i naciska. Badamy ciężar stropu, który przycupuje jak paraliż senny, jakby nikły przebłysk somatycznej obecności podmiotu. Znów zlewa się blok z niebem, linie są te same, a przestrzenie nie-do-końca-odrębne.

Granica to wyznacznik przestrzeni normatywnej, terytorium sankcjonowanego, objętego regułami, nawet jeśli jedynymi regułami są ograniczające pokój ściany. Moment nieodwracalnego przekroczenia granicy staje się pierwszym ogniwem łańcucha wydarzeń, momentem pęknięcia i załamania. W trzyczęściowej (czy również trzygłosowej?) Scysji pod lasem Paweł Kondratowicz egzaminuje sytuację wywrócenia porządku. „Odseparowanie zawszonego kuzynostwa od ścian” jest formą wyznaczania terytorium – realnego, kulturowego, normatywnego. Wykluczenie staje się czynnikiem zespalającym rodzinę, czyli utrwalającym tożsamość indywidualną i stadną. Jak antropologiczna maszyna Agambena, która definiuje człowieka poprzez to, co z człowieczeństwa wyklucza. „Zawszone kuzynostwo” jest czynnikiem pozaludzkim, kategorią półludzi, familiarnych, lecz zbyt obcych, by być dopuszczonym do grona. Jest kozłem ofiarnym, który ugruntowuje pozycję tych nieobarczonych piętnem. Ci obarczeni naruszają granice zbiorowej tożsamości, prowadzą do rozpadu organizmu. Gdy to, co odrzucone zostaje dopuszczone do wnętrza, nie spotyka się z akceptacją, prowadzi do napięcia, do scysji. Kultura, człowieczeństwo, tożsamość budowane są na wykluczeniu czynników obcych, na wyzysku czynników innych, na uprzedmiotowieniu tego co poza. A kluczem do utrzymania tak kruchej konstrukcji jest utrzymanie wiary, że inaczej być nie może.

Relacje suwerenności osobistej i państwowej oraz zależności między państwem (w znaczeniu instytucjonalnym i terytorialnym) a jednostką analizuje Agnieszka Waligóra w recenzji Konstytucji Hanny Jakuty. Waligóra zwraca uwagę na sploty ciała państwowego z prywatnym, sploty językowe, formalne, zawarte w budowie samej książki, jak i sploty realne, sposób w jaki państwo autorytarne ogranicza autonomię i wolność swoich obywateli. Aparat państwa jest, trzymając się wciąż Deleuze’a i Guattariego, narzędziem deterytorializacji – wytwarza nowe terytoria, własność publiczną, prywatną, ziemską, instytucje nimi zarządzające i regulujące. Waligóra prezentuje również poetycki tomik Jakuty jako pozycję mogącą być pierwszą stycznością z literaturą białoruską. Lektura Konstytucji może stać się zatem pretekstem do przeniknięcia granicy terytorialnej, ale i zbadania granicy tożsamości jednostki w kontekście państwowych struktur oraz praw, a także napięcia między władzą a indywidualną sprawczością. Jakuta dokonuje swego rodzaju transpozycji fragmentów konstytucji na prywatne doświadczenie. Według Waligóry, to „ja” podmiotki jest punktem styku, tym, co ostatecznie wprawia w rezonans i otwiera dyskurs, tym, co jednocześnie personalizuje i uniwersalizuje, pozwala wejść w tekst i rozpocząć poszukiwania punktów wspólnych.

Wykroczenie poza granice terytorialną następuje również u Darii Marzec. Tym razem cofamy się w czasie, zaglądamy na Kaszuby, ale Kaszuby niemieckie, anektowane i poddane germanizacji podczas II wojny światowej. Pustô noc korzysta z konwencji niemalże baśniowej, ale przez to, tym bardziej autentycznej, poruszającej, bliskiej językowi i opowieściom zachowującym regionalną tożsamość. Osadzona w folklorze narracja czerpie garściami z motywów, tropów i legend, sama w sobie będąc buntem wobec asymilacji i wykorzenienia, wobec nowych granic. Proces asymilacji bohatera, w pewnym sensie reprezentanta doświadczenia wojny, w pierwszej instancji jest związany z wcieleniem do Wehrmachtu. Zatarta zostaje granica tożsamości państwowej, kulturowej, regionalnej. A jedno naruszenie prowokuje kolejne. Asymilacja druga to moment transformacji, zaznaczonej, znów, głównie w języku. Bohater jak „sieć pełna ryb”, o skórze „jak u świeżo wyfiletowanej ryby”, podlega znów niby-baśniowej metamorfozie. Przełamujemy także granicę wody, przebijamy taflę, która staje się miejscem przejścia. Przejścia również w znaczeniu rytualnym, przygotowania do śmierci. Pod powierzchnią spotykają się głosy umarłych i żywych, wszystkie pragną wolności. Mamy rezonans, wspólny krzyk niesie się echem.

+

***

Do tej grupy zakwalifikowaliśmy utwory, które dokonują przesunięcia – czy to w skali geograficznej, czy też poprzez nakłonienie czytelników i czytelniczek do przyjęcia odrobinę choćby odmiennej perspektywy. Nawet jeśli sama kategoria liminalności nie należy już dzisiaj do ochoczo wykorzystywanego instrumentarium krytycznego, możliwość poszerzania pola tego, co daje się wypowiedzieć albo gdzie może przenieść się osoba czytająca, należy do najbardziej elementarnych możliwości literatury. Do tej części numeru trafiła zatem umiejscawiająca akcję w Stambule proza Oskara Czapiewskiego – to tekst, który nie chce naturalizować obcości (językowej, kulturowej) i stawia pytanie o to, w którym dokładnie momencie kończy się oparta na ciekawostkach turystyka, a otwiera szansa na inny rodzaj doświadczenia (i czy jest to w ogóle możliwe). O tym, że nie trzeba przekroczyć granicy kraju, aby odnaleźć inność (również stylistyczną i ortograficzną) przypomina Daria Magdalena Marzec, energii do swojej prozy poszukując na Kaszubach. Paweł Kondratowicz, poprzez naruszenie konstrukcji poprawnego zdania oraz granicy pojedynczego tekstu, buduje przepastną mise en abyme; trudno się w tym wszystkim połapać, ale efekt jest hipnotyczny. Kaskaderskie są także teksty Morgana Toporyńskiego, który szafuje tropami tak szczodrze, że ten, kto czyta, może powtórzyć za podmiotem tekstu „deterytorializuję się”. O wiele oszczędniej postępuje natomiast Amelia Pudzianowska, a w jej wierszach przesunięcie jest równie subtelne, co środki użyte do jego wytworzenia, gdyż poetka przenosi nas na balkon w blokowisku i sprawnie pokazuje, że czasem więcej nie trzeba, by wiersz działał. Część tę domyka recenzja z poetyckiego importu – Agnieszka Waligóra pisze o książce Hanny Jankuty, białoruskiej poetki, w przekładzie Bohdana Zadury.

+