
Mojżesz powiedział: „Panie mój, ukaż
mi się, abym mógł Cię zobaczyć!” Bóg powiedział: „Nie możesz
mnie zobaczyć, ale spójrz na tę górę: jeśli ustoi na swoim miej-
scu, wtedy Mnie zobaczysz”. Gdy Pan objawił się na górze, starł
ją na proch, a Mojżesz padł niczym rażony piorunem. Kiedy
przyszedł do siebie, powiedział: „Chwała Ci, Panie! Zwracam
się ku Tobie z pokorą i jestem pierwszym z wierzących!”
(Koran, przekł. Musa Çaxarxan Czachorowski)
Ma na imię Hatice. W tureckim „c” wymawia się jak coś pomiędzy polskim „dź” i „dż”, to głoska zwarto-szczelinowa, palatalna. Jeśli znasz arabski, możesz je teraz odczytać, najlepiej po cichu, z pobożnością – حَتِيجَة, w końcu imię to oznacza czcigodną i idealnie nadaje się zarówno do krzyku, jak i do szeptu. Hatice pewnie schlebiałoby wyobrażenie, że ktoś odczytuje właśnie jej imię z alfabetu arabskiego. Ha–ti-ce, od tylnogardłowego x do zmiękczonego t’, które karze ci słodko muskać zęby, by potem mitygować, drastycznie, w ułamku sekundy przywołać aparat artykulacyjny do rozsądku i wracać do [dż], czyli samego plateau, do podniebienia, czy jak kiedyś mówiono – do „podnieba”.
Mówię o tym, ponieważ chciałbym, by jej imię było wypowiadane należycie, jest mi bowiem bliska i wiele jej zawdzięczam. Hatice zmieniła moje życie, a stało się to poprzez zmianę mojej wiary, a może lepiej byłoby powiedzieć – mojego braku wiary, gdyż od dziecka były mi to sprawy z lekka obojętne. Co prawda miałem swoje fiksacje, i chyba jak każde polskie dziecko, przeglądając obrazkowe wydanie Nowego Testamentu wyobrażałem sobie ból, pasję i mękę jezusową fantazjując o tym, że mnie też ktoś kiedyś przyprze do muru, obrzuci kamieniami, przyłoży sztylet pod gardło i wymusi wyparcie się wiary. Wtedy twardo odpowiadałem „nie zgadzam się” i cierpiałem, oj cierpiałem srogo, i gdy już miałem umierać, jakaś gargantuiczna ręka przecinała nieboskłon, miażdżyła jednym uderzeniem prześladowców, a mnie wznosiła do góry; potężny baryton dudnił w uszach oprawców – „oto jest Sługa, ten którego wybrałem” i niedowiarkowie widzieli i wiedzieli już dobrze, że oto ja jestem wybrany, ja spośród całego blokowiska na Bałtyckiej mam protektora, w którego istnienie nikt wątpić nie zdoła; że jest tym okiem, które patrzy zawsze i wszędzie, a patrząc widzi więcej niż można zobaczyć, i to właśnie we mnie dostrzegł coś, czego nikt z was nie widzi. I to ja właśnie miałem być jego „sługą”, choć to słowo akurat, nie podobało mi się tak bardzo, bo brzmiało jak „obsługa”, a w obsłudze pracowała prawie cała moja rodzina i nikt tej pracy nie lubił, ale to był tylko szczegół, który z perspektywy sub specie aeternitatis (jak to pięknie brzmi!) nic nie znaczył, a taką, pozaczasową, a więc – wieczną, perspektywę musiał mieć przecież Bóg.
Byłem jednym z wielu turystów kręcących się przy Hagia Sofii. Wysoki blondyn w kolorowej, kubistycznej koszuli z wiskozy zwraca uwagę wszelkich sprzedawców i przewodników turystycznych. By przetrwać z godnością, należy wyuczyć się kilku zdań po turecku – polecił przyjaciel mieszkający tu od roku. Ne kadar – ile (to kosztuje)? Pahalı – drogo! Bana da mı? – nawet dla mnie (taka cena)? I coś co ich rozbrajało: yabancı indirimi var mı? – czy jest zniżka dla obcokrajowców? Przyzwyczajeni by yabancim – obcokrajowcom czy – jak sugeruje źródłosłów „dzikusom” (później dowiedziałem się, że słowo yaban oznacza też dzika) oferować wyższe ceny, co stało się jeszcze powszechniejszą praktyką w czasie wzmożonej inflacji, nie spodziewali się, że jeden z nich może tak podstępnie się targować. Rzadko jednak spuszczali z coś z ceny, lub przynajmniej – tak nam się wydawało – nie zawyżali jej tak bardzo, jak wtedy, gdy mówiliśmy z nimi po angielsku.
Uczulony na wszelkie scamy Tom polecił mi zobaczyć Hagia Sofię na własną rękę, bez przewodnika. Ja jednak skusiłem się na sympatycznego tourist guida za 20$ (zdaniem Toma – cena zawyżona), który opowiedział mi o witrażach, wytłumaczył czym jest minbar, minaret, mihrab i oznajmił, że za kolejne 5$ rozszyfruje ze mną wszystkie mozaiki i inne rzeczy na literę „m”, jednak to, o czym mówił nie do końca pokrywało się z tym, co przeczytałem na Wikipedii. Mężczyzna miejscami z braku laku do rozmowy dorzucał do monologu niemieckie i francuskie słówka, dlatego nigdy do końca nie mogłem go zrozumieć. Rozbawiła mnie myśl, że przewodnicy w gruncie rzeczy mogli zwyczajnie zmyślać wszystko na poczekaniu. Świat bywa tak nieprawdopodobny, że łatwo uwierzyc w cokolwiek. Szczególnie niemiejscowemu i szczególnie tutaj, w Stambule. Przewodnicy turystyczni w takich miejscach to zazwyczaj poligloci, rzadko jednak mówią perfekcyjnie w jakimkolwiek języku. Przekonałem się o tym kilka dni później, gdy poznałem człowieka, który świetnie potrafił opowiedzieć Polakom o prawosławnym kościele na Istiklal Caddesi, ale nie miał pojęcia co się mówi, gdy ktoś kichnie i zamiast „na zdrowie”, mówił „żyj długo”. Na tę kalkę z tureckiego odpowiadziałem kalką „wszyscy razem” (hep beraber) i wtedy, na krótką chwilę coś błysnęło mu w oczach, jednak szybko zgasło.
W trakcie gdy mój guide opowiadał o maksurze, mieczach i marmurowych urnach zauważyłem, że Tom, który miał poczekać na zewnątrz, rozmawia z kobietą w hijabie wokół której zebrał się mały tłum turystów. Przewodnik zauważywszy, że stracił moją uwagę spytał, czy mam jakieś pytania i czy nie chciałbym może usłyszeć czegoś o monogramach. Wysiłiłem umysł i odpowiedziałem aliteracją: monographs might make me moody. Uśmiechnął się, pewnie uścisnął moją dłoń i ledwie słyszanie wydeklamował merci, po czym spojrzał raz jeszcze na mnie wpatrującego się w kobietę w hijabie i na pendantywy, a konkretnie – na maski serafinów – sześcioskrzydlatych aniołów, których twarze zasłonięto, gdy świątynię przejął Mehmet II Zdobywca. Miał już wyjść, jednym okiem szukał kolejnego turysty, jednak zanim wyszedł do głowy przyszła mu jeszcze jedna sentencja – memento mori, które choć wypowiedziane jedynie w umyślę, rozbrzmiało nagle we wszystkich murach świątyni, szeptane jakby przez zakryte usta serafinów.
Zrobiłem krok w stronę zakrytej kobiety otoczonej wiankiem młodych mężczyzn. W miarę jak się zbliżałem, czułem, że jakiś niezrozumiały powab mnie do niej przyciąga. Stała wskazując po kolei monografy, mikbary, minbary i wszystkie te rzeczy na „m”, o których mówił mi przewodnik. Jej głos brzmiał coraz wyraźniej, był donośny, ale nie natarczywy, przebijał się w rozdegdanym tłumie, lecz nie narzucał się świątyni, raczej krążył od marmurowych ścian do samego ołtarza przynależąc do tej mozaiki, jakby potrafiła ton dobrać do miejsca, po czym można było poznać, że jest jedną z tych, którzy spędzają wiele czasu w meczecie. Nie dało się jednak wyczuć w jej głosie jakiejkolwiek protekcjonalności, jakiej pełni są katoliccy księża, korzystający z każdej okazji, by zaznaczyć swoją pozycję w hierarchii i przypomnieć ich owieczkom, kto jest ich pasterzem.
Hatice również lubiła słowa na „m”, lecz nieco inne niż przewodnik:
– Muslim… – zrobiła gest dłonią zapraszając mnie do wianka – religion isn’t harmful like they depict us in media. Who knows what „Islam” means? – spytała, lecz nikt nie odpowiedział – cisza… Peace – odpowiedziała sama sobie. We don’t want to fight, we include everyone, even Jesus. We believe that he was one of the prophets… Do you know why we covered faces of Madonna? We we covered angels and Jesus monuments? Cause seeing god would blind you… you are not ready as… as a human being… – mówiła pewnie, choć czasem niezamierzenie jej akcent zdradzał ojczysty język. Mówiła o takich sprawach jak bóg, dechrystianizacja Hagia Sophi i opinia Islamu na świecie, a gdy się w nią słuchać, przypominała nastolatkę, która niepewnie jeszcze czuje się formułując pełne i skomplikowane zdania. W niczym jej to nie umniejszało, niewielu Turków, a już szczególnie tych religijnych mówi perfekcyjnie po angielsku, ona natomiast rodziła sobie dobrze i jestem pewien, że miała większy zasób słownictwa na temat religii niż native speakerzy. W końcu język, nawet dla idealistów, to wciąż narzędzie, a jej naostrzone było tam gdzie miało być naostrzone by ściąć świeży plon. Miała pełne usta, nad nimi niewielki pieprzyk, zupełnie taki sam jaki ma Cindy Crawford i te porównania do supermodelki nie są tutaj nie na miejscu. Jej twarz wabiłą wszystkich, niezależnie od wyznania. Pewnie dlatego łatwo dostała tę pracę, jeśli można to tak nazwać.
Miała na sobie hijab, który przysłaniał wiele, aczkolwiek nie wszystko. Pozostawić miejsce na domysły i fantazję – to chyba dość stary trik w ; działa jak wabik na mężczyzn, szczególnie tych z bujną wyobraźnią. Jej chusta zasłaniała prawie wszystkie włosy, to zdecydowanie hijab w stylu niefundamentalistycznym, po które sięgają umiarkowanie lub zupełnie nietradycjonalistyczne muzułmanki; przysłaniał wiele, aczkolwiek nie wszystko. Pozostawić miejsce na domysły i fantazję – to dość stary trik – w głowie przyszłego neofity rozbrzmiał nagle głos przypominający lektora którejś z powieści Huellebecque’a i dał mu dać się ponieść, choć w środku czuł, że Huellebecque to perwert, ale taki powierzchowny, którego silny mechanizm obronny kazał mu ograniczyć erosa do pragnień libidalnych (co zresztą nie do końca jest prawdą, ponieważ te transformuje w setki stron niewybrednych opisów kobiecej powierzchowności). Sądząc po kilku wystających cebulkach nad czołem, mogliśmy domyślić się, że jest szatynką, a jej włosy są zdrowe, gęste i połyskujące. Zdecydowanie była zadbana. Jej łańcuszek, do które przyczepiony był telefon miał ten sam odcień brązu, co jej oczy oraz chusta. Nosiła również bransoletki z – domyślam się – ulubionymi cytatami z Koranu, rzecz jasna w języku arabskim.
Gdy przeciętna Europejka pragnie poczuć się seksownie ma do dyspozycji cały wahlarz możliwości – od rajstop, minispódniczek, obcasów przez bardziej subtelne metody jak zwykłe, materiałowe dresy idealnie opasające talię czy wracające do mody w ostatnich latach jeansy typu bell-bottoms imitujące sylwetkę w kształcie klepsydry. Muzułmanki mogą natomiast – co zdecydowanie częściej można zobaczyć w krajach Europy Zachodniej – nosić jedwabne chusty, krzykliwą biżuterię, kolorystycznie dopasowane dodatki i w zasadzie niewiele więcej, nie licząc oczywiście tego wszystkiego, co zakładają na miejsca zarezerwowane dla ich obecnego bądź przyszłego męża. W tym momencie głos narracji pędzący gdzieś w płacie skroniowym bohatera wyswobodził się z tego występnego nawiedzenia przez francuskiego prozaika.
Hatice była nie z tego świata – w tym momencie jego myśli znów zaczęły przypominać jego własne. Ktoś robiący takie wrażenie musi być nie-z-tego-świata. Żeby zakochać się od pierwszego wejrzenia potrzebne jest minimum tego, co już jest znajome i (koniecznie) wywołuje dobre wspomnienia, czegoś, co może nawet jest nostalgiczne. Drugą rzeczą jest feeria nowości, która wabi, mieni się i zaprasza. Z wiekiem, a szczególnie u ludzi, którzy widzieli wiele i wiele współżyli trudno utrzymać jest ten stan świeżego spojrzenia; spojrzenia, które zawiesza na moment całą zebraną dotąd wiedzę o ludziach i przedmiotach, o konwenansach oraz całym szeregu taktyk oraz strategii poruszania się wzdłuż drabiny społecznej, której – jak wielu sądzi – ukoronowaniem nie jest sam sukces w karierze, ale odpowiednio dobrana partnetka. Odkąd przeciętny Europejczyk uwewnętrznił w sobie zasady rynku i świadomość klasową, zakochiwanie stało się trudniejsze, stało się – jakby powiedzieli niektórzy – wyalienowane, wpuszczone w tryby maszyny niezależnej od nas samych. Miłość wymaga bowiem wyjścia poza, wymaga ekstazy, a ta jest, w tej całej skomplikowanej buchalterii coraz trudniejsza do osiągnięcia.
Wyłączona z wszelkich klas i zwodniczych gier o prestiż – szczera i bogobojna Hatice była jedynym niezarobaczonym jabłkiem w sadzie.
– Any questions? – spytała uśmiechając się niewinnie.
– Christians have the Ten Commandments. What are yours commandments? – spytałem, choć nie z ciekawości. Zwyczajnie nie chciałem, żeby przestała mówić, a musieli przecież mieć jakieś przykazania…
– Nasza wiara nie opiera się na przykazaniach, lecz na filarach – odpowiedziała tak pewnie i twardo jak beton wylany pod budowę tych filarów.
– Pierwszym z nich jest… – momentalnie Hatice zupełnie opuścił animusz. Lękliwie spojrzała w okolice monumentalnej, cesarskiej bramy meczetu w stronę grupy przewodników wskazujących ją palcem. Coś we mnie drgnęło głęboko pod skórą, być może żal, ale też złość, że coś odebrało jej twarzy wyraz harmonii. Naprzeciwko mihrabu w niewiekliej grupie stał mój exprzewodnik wraz z kilkoma innymi tourist guidami. Wszyscy patrzyli na naszą grupkę. Wprawiony w trans przez tę muzułmańską westalkę nawet nie zauważyłem, że gdy zapoznawała nas z „ostatnią religią”, dołączyło do nas jeszcze kilkoro turystów. Hatice udała się w stronę posępnie patrzących przewodników. Wzburzeni i pałający zemstą przypominali Krzyżowców z pierwszego plądrowania świątyni. Bili pianę wymachując połyskującymi identyfikatorami. Pokornie przeprosiła – wpierw ich, a potem nas.
– What with the first pillar? – spytałem, czując nieco, że nie przystoi.
– If you really want to know come to our education center tomorrow around the same time. I will explain you in details. Wytłumaczyła mi jeszcze drogę sugerując, że powinien zapisac sobie wskazówki, co zrobiłem, choć zupełnie mi się nie przydały. Wszystko co powiedziała, długo odbijało się w mojej głowie echem. Nazajutrz stanąłem przed drzwiami centrum edukacyjnego. Jego nazwa brzmiała jak obietnica – Institute for New Comprehension, w skrócie INC.
