Własnym głosem, zebranym z rozproszonych strużek,

zmieszanym, ale czystym, przez zgrzyty metalu

i szkła, zawsze słuchałaś. Nie nurty Jordanu

krwią i błotem zmętniałe. Jak ostrze na lustrze.

 

Wody coraz szybsze, szychty coraz dłuższe.

Wiem, że nie oddasz tego, co zawsze w oddali,

przez pożary, pęknięcia. Że masz dogadane

pieczenie chleba. I w ogrodzie róże.

 

No cóż, to delikatny, mroczny ekosystem

i pieśń w nim tkasz jak sztandar. Ja nie mam wymówki,

mam jedynie dystansik, ironię, soczyste

 

serio. A może żarty. Byle wszyscy zdrowi

u ciebie albo wszystkich. Spóźniony manifest,

otarcie na ramieniu po pasku aktówki.

+