Język, który jest organiczny, z założenia unika jakiejkolwiek sztuczności i każdą swoją komórką afirmuje doświadczenie autentyczności. Wbrew pozorom wcale nie musi to być jego atut, często jest wręcz odwrotnie – w końcu tekst literacki nie jest od tego, żeby mówić prawdę, ale żeby wywołać u czytelnika „dreszcz prawdy” wszelkimi dostępnymi sobie sposobami, z których większość pozostaje najczystszej wody kłamstwem, manipulacją i nadużyciem.

Przyznaję zatem, że wiersze zebrane w tej części sprawiły mi najwięcej trudności, wzbudziły u mnie największy opór estetyczny, wywołując jednocześnie głęboki dyskomfort – rzecz w tym bowiem, że za sprawą swojej „organicznej” autentyczności utwory te częstokroć zacierają granice między estetyką i etyką. W takich okolicznościach, gdy coś przestaje rezonować z czytelnikiem na poziomie wykonania i formalnych rozwiązań, ów brak zainteresowania natychmiast zaczyna się tłumaczyć brakiem wrażliwości na opisywaną przemoc, traumę czy psychiczne okaleczenie. Lekturę prezentowanych tu wierszy kończę zatem z kłopotliwym wnioskiem, że krytyk literacki musi mieć w sobie coś z socjopaty, żeby empatia nie przesłoniła mu tego brutalnego piękna, które zawsze jest „poza dobrem i złem”.

+