I znowu jesteśmy w domu. Może nie zabrzmi to dobrze, ale musimy zgodzić się co do najprostszych faktów – wiersz ma o wiele więcej wspólnego z komórkami nowotworowymi niż ze zdrową tkanką organiczną. Pod względem ewolucyjnym jest efektem ubocznym, nie ma w nim nic, czego gatunek ludzki potrzebowałby do przetrwania, nie ma w nim nic nawet relatywnie użytecznego. Jest najczystszą emanacją kultury, tej groźnej i niezrozumiałej nadświadomości, która wykształciła się – niewykluczone, że w wyniku zwykłego błędu rozwojowego – u człowieka. Ten, kto nie pisze wierszy, pewnego dnia po prostu umiera, ale ten, kto pisze wiersze, przez całe swoje życie jest „istotą śmiertelną”, mitologizuje śmierć i przypisuje jej atrybuty, których ta nie posiada. W czasach zaangażowania w CCRU, Land i Fisher łączyli spinozyzm z cyberpunkiem, by pokazać, dlaczego ludzki układ neurologiczny pozwala nam czerpać tak wielką przyjemność z tego, co nas zabija. Z pozoru nieszkodliwa poezja jest świetnym przykładem trudnej prawdy o tym popędzie. Pozwala nam ona przekraczać własną kondycję, sięgać poza skupione wyłącznie na przetrwaniu „ja”, ale właśnie za sprawą tej niesamowitej mocy rozwija się niczym nowotwór na ciele społecznym.
