
30
Hilda
Szafranka miała drobne dłonie, lekko puszyste wargi (mała śpiąca pszczoła, rozumiesz), gładziutkie piersi-otoczaki na granicy wody i piasku. Byłam pewna, że jest wystarczająco podobna do Limy. Uczyła się szybko, drapieżnie. I tylko tak umiała wypluwać meduzy do mojej zatoki.
Wybitnie strzelała z łuku. Wiedziałam, że będzie mi potrzebna dłużej niż tego chciałam.
Kardamonka miała oczy nigdy nieobudzone, przytłaczające ramiona i uda. Była ciemna od czubka głowy po kości pięt. Jej płochliwe sutki przypominały mi matkę, kiedy podawana przez sąsiadki ssałam z niej resztki życia w tych agonalnych przypływach i odpływach.
Nie to, że była silna. Była porywająca i zabójcza. Dwóm rosłym chłopakom wybiła przednie zęby, kiedy opadli ją rano nad rzeką. Trudno policzyć jądra, które zgniotła lub wyrwała bez korzonków.
No więc miałam je trzy. Siostra, matka, kochanka. Wystarczyło. Można z tego ulepić prostą ziemistą religię.
Byłyśmy daleko od morza, pustyni, strzelistych grani. Sztormy, maligny, lawiny, zamiecie trzeba było stwarzać między sobą. Starymi i zawsze nowymi sztuczkami ust, palców, nosów, oczu i uszu.
Potrzebowałyśmy roku, żeby zabić wszystkie mszyce między nami. Kto więcej, kto bardziej, komu brakuje nigdy i zawsze. Każda musiała wziąć w siebie trójkę, podpalić ją i płonąć w niej wystarczająco długo, żeby się rozszczepić aż po wieczne palenisko.
Ta sama gra o prywatną wieczność. Wygrałyśmy i przegrałyśmy. Ja i moje żony.
Wtedy się zaczęło.
31
Hilda
W szuwarach szalały ważki. Cały sierpień nas ozłacał. Woda była ciepła jak kałuża łakomie obsiana skrzekiem. Prosto z ogrodu latałyśmy do leśnego zakola rzeki, zupełnie odurzone parnym skwarem, ziołami, spadzią miodówek, owocowym winem, kozią podpuszczką, letnią bezsennością.
Muł. Ryby. Trzciny. Nasze wrzące uda. Wszystko szukało swojego miejsca w cudownej gorączce. Byłam już bardzo głęboko i wtedy ją poczułam. Ugryzła mnie podwójnie w lewe biodro. Kawałek słodkiego mięsa oderwał się. Straciłam czucie, opadłam na przerażoną Szafrankę.
Spałam szesnaście godzin. Obie czuwały nade mną, natarły maściami, owinęły opatrunek. Ale nic tam nie było, oprócz półkolistego siniaka w barwie ametystu, wielkości zaciśniętej piąstki dwulatka.
Niby nic nie było. Ale straciłam kawałek siebie, wyrwany jednym haustem (powietrza?, wody?). Coś wyrwało mnie z życia. W chwili. W jednej z tych chwil, kiedy najbliżej do niego wracałam.
To się powtarzało. Kiedy lizałyśmy świeżą spadź w upojnych sosnowych zagajnikach. Kiedy łowiłyśmy z siebie kleszcze na maleńkie wędki kilkuletnich dziewczynek. Kiedy strzygłyśmy kozy, a potem czesałyśmy im kudły i lepiłyśmy z nich nadzienia do poduszek. Kiedy karmiłyśmy połamane młode jerzyki, które spadały z gontów tuż przed zmierzchami. Kiedy w stodołach upijałyśmy się zielnymi naparami, żeby zebrać siły do odbierania cielątek. Kiedy w dolinie kopałyśmy wodne wstążki, żeby zrobić z nich nowe dorzecza dla naszych kobiet i dzieci, czapli i bocianów, świtezianek i chruścików. Kiedy świtami biegłyśmy bez tchu do lasu, nago i w barwach wojennych, żeby szukać kradzionych sobie wzajemnie majtek, sukienek, tunik i chust.
I znowu, i znowu, i znowu.
To samo miejsce w lewym biodrze.
Wyrywane kawałek po kawałku.
I zaczęło się.
32
Hilda
Zaczęła Kardamonka.
Pojechała nad naszą rzekę, kiedy mnie nie było, i zaczęła kopać. Odkopała szczątki Limy, obsiała je tym, czym podobno trzeba, udeptała ziemię bosymi stopami i wróciła.
Od razu wszystko mi powiedziała. Dałam jej w twarz, po czym rzuciłam się wściekle, przygniotłam do podłogi i zaczęłam dusić. Szamotałyśmy się długo, zadałyśmy sobie mnóstwo ran. Kiedy uznałam, że jest ich wystarczająco, wstałam i pobiegłam do lasu. Biegłam długo. Chciałam biec do utraty tchu, zasnąć na pół życia i obudzić się, jak będzie po wszystkim.
Ale nie wyszło. Upadłam bez sił, wieczorem znalazła mnie Szafranka i wzięła do siebie.
Nie pamiętam, co się ze mną działo przez następne dni, może kilka tygodni. Pamiętam dopiero poranek, kiedy się obudziłam na zimnym metalowym łóżku z pachnącą krochmalem pościelą, obwiązana pasami w nadgarstkach i nad kostkami stóp.
Byłam dziwnie lekka, jakby w sennym dryfie. Nie czułam lewego biodra wcale, a resztę ciała ledwie. Białe fartuchy wirowały nade mną jak ulepione wprost z mąki manekiny jakiegoś opuszczonego wiejskiego teatru głupców. Musiałam dostawać od nich coś, co oddalało mnie od własnego ciała na umówioną bezpieczną odległość. Mogłam mówić. Ale mówiłam wolno, niezdarnie, sylaby jak lotki dmuchawca. Mówiłam coś, czego do końca nie poznawałam. Słowa wyciągane ze snów, letargów, hibernacji, mar. Mówiłam i nie byłam słuchana. Znowu byłam karmiona tyle, ile trzeba. Tym razem nie płakałam.
Nikt mnie nie odwiedzał. Kardamonka i Szafranka zniknęły bez śladu. Bez cudzych śladów, bo moje ciało miało je na sobie, ale nikt tego nie przyjmował. Kiedy wymawiałam ich długie imiona, nie brano ich do siebie.
Dni i noce odbijały się w twarzoodpornym lustrze, pełnym drobnych rys i smug. Długo nie opuszczałam swojego pokoju. Wyznaczono mi cztery ściany i nie miałam siły ich rozchylić, a co dopiero przebijać. Aż do tego dnia, kiedy zapukała do mnie twoja matka.
