Algorytmiczne

Jestem z Kacprem w sklepie z zabawkami. Urabia mnie już od tygodni. Prosi, przypomina, czasem szantażuje. Przychodzi do mnie, bo u ojca nic nie wskóra. Już raz mu odmówił i Kacper dobrze wie, że Marek zrobi to po raz kolejny. Bez mrugnięcia okiem.

Wczoraj się rozpłakał. Wieczorem, za kilka minut miał zacząć się film na Jedynce. Zalał się łzami i obiecał, że do końca roku nie będzie już prosił o nic innego. “Koleżanki w szkole już dawno mają, a ja nadal nie.” Mogę mu nawet anulować prezent, i urodzinowy i świąteczny. Zgodziłam się. Już po prostu chciałam, żeby przestał wiercić mi dziurę w brzuchu. Tych łez też już nie chciałam widzieć.

Ekspedientka wyciąga z gabloty jaskrawe zabawki zapakowane w twardy plastik. Rozkłada je przed Kacprem. Trzy japońskie jajka: niebieskie, zielone i fioletowe. Przygląda się im z namaszczeniem, jakby właśnie dokonywał najważniejszego wyboru w życiu. Dotyka palcem każde opakowanie. Na twarzy głębokie skupienie; nie pospieszam go. Młoda dziewczyna w tlenionym blondzie krzyżuje ręce w zniecierpliwieniu. Rozumiem, ale proszę ją, żeby dała synowi jeszcze chwilę. Wyjaśniam, że to specjalny prezent.

Dłoń Kacpra wraca do fioletowego jajka. Już wiem, co powie Marek, gdy wróci z pracy. Pytam syna, czy jest pewny. “A może ten zielony?”, proponuję. Kręci głową. Blondynka podaje mi cenę, a ja wyciągam banknoty z portfela. Pakuje zabawkę w mleczną reklamówkę. Kacper uśmiecha się od ucha do ucha. Wreszcie zdobył swoje tamagotchi.

Idzie szybko, przebiera nogami. Jestem dwa kroki w tyle. Proszę go, żeby zwolnił, ale trudno mu ugasić ekscytację. W domu od razu biegnie do pokoju. Nożyczkami ostrożnie rozcina opakowanie i wyjmuje z niego jajko. Trzyma je w dłoniach jak najcenniejszy skarb. Osłania je. Wyjmuje drobny kawałek plastiku z tyłu zabawki, a potem wpatruje się w mały, szary ekran. Szeroko otwarte oczy, poważna mina. Kilka razy wciska palcem żółte guziczki. Po chwili oczekiwania jego buzię rozpromienia uśmiech.

Pokazuje mi stworzonko zbudowane z czarnych, mikroskopijnych kwadracików. Porusza się na ekranie: skacze, tupta a to w prawo, a to w lewo. Kacper wyjaśnia, że od dziś musi się nim opiekować. Karmić, poić, organizować zabawę oraz wysyłać do spania. “To tak jak ja ciebie”, rzucam. “Tylko poczekaj, aż pójdzie do szkoły i będziesz z nim odrabiał lekcje. To dopiero będzie.” Posyła mi dziwne spojrzenie i kładzie się na łóżku, gapiąc się w tamagotchi jak sroka w gnat. Rozmowa skończona, idę do kuchni dokończyć obiad.

Wieczorem, tak jak się spodziewałam, Marek mówi mu, że wybrał babski kolor. Kacper nie wchodzi z nim w polemikę. Spuszcza głowę i wraca do pokoju, Cieszę się, że obejdzie się bez kłótni. Później, gdy leżymy już w łóżku, mąż strofuje mnie za kupienie mu zabawki dla dziewczynek. “Tak długo o nią prosił”, wyjaśniam. “Lalkę też mu kupisz?”, syczy przez zęby i ceremonialnie odwraca się plecami do mnie.

Kacper codziennie relacjonuje mi, co porabia jego stworek. “Właśnie zjadł.” “Graliśmy w piłkę.” “Uciął sobie drzemkę.” Prawie cały czas trzyma jajko w dłoni. Jeśli nie trzyma go w dłoni, to nosi go w kieszeni. Zawsze blisko; są nierozłączni. W myślach ganię Marka za jego ciasny umysł.

Trzy tygodnie po wizycie w sklepie syn przybiega do mnie cały we łzach. Siedzę na kanapie w salonie, oglądając Wielką Grę. Bez słowa wyciąga do mnie otwartą dłoń. Leży na niej fioletowe tamagotchi. Chwytam je i patrzę na ekran. Kwadraciki układają się w nagrobek z napisem “RIP”.

“Miłoszek nie żyje,” mówi Kacper. Dopiero po chwili dociera do mnie, że tak nazwał swoje stworzonko. Nie zdradził mi dotąd jego imienia. Widocznie chciał zachować je tylko dla siebie.

“Jak to nie żyje? Zepsułeś to jajko?” Nie było tanie; przypominam sobie jego cenę.

“Nie”, łamie mu się głos. Pociąga nosem. “Umarł ze starości.”

“Jakiej starości? Przecież to raptem kilka tygodni.”

Kacper jest niepocieszony. Nie potrafi powstrzymać łez. Zaczynam wciskać żółte guziczki. Na chybił trafił, byle jak. Jajko cichutko popiskuje. Kacper przestaje płakać i patrzy na mnie z przerażeniem.

“Co ty robisz?”, jazgocze. “Zostaw. Popsujesz.”

“Przecież i tak już nie działa,” wyjaśniam.

Ekran gaśnie, a ja zamieram. Jednak po chwili pojawia się na nim jajko. Przecina je pęknięcie. Coś się wykluwa. Nowe życie.

“Patrz”, mówię do Kacpra, zbliżając zabawkę do jego twarzy.

Syn przygląda się jej uważnie. Przeciera rękawem mokre oczy, pociąga nosem.

“Miłoszek wrócił”, obwieszczam triumfująco i uśmiecham się. Próbuję szczerze.

Kacper przechwytuje jajko i dzierży je w dłoniach tak samo jak za pierwszym razem. Jednak po chwili tamagotchi wraca do mnie.

“To już nie jest Miłoszek”, kwituje i znów zaczyna chlipać. Odchodzi do swojego pokoju i cichutko zamyka drzwi.

O sytuacji z Kacprem nic Markowi nie mówię. Tylko bym się nasłuchała o uleganiu dziecięcym fanaberiom. O tym, że syn jest za miękki. Że baba z niego.

Przez kilka dni opiekuję się stworzonkiem z czarnych kwadracików. Nie daję za wygraną. Karmię je i poję. Bawię się z nim. Najlepiej jak potrafię i gdy tylko mam na to czas. Mam nadzieję, że Kacper będzie chciał swoje jajko z powrotem i ucieszy się, że nowy stworek pod opieką matki nie podzielił losu poprzednika. Ten dzień nigdy nie nadchodzi. Syn kompletnie zapomina o tamagotchi. Pewnego dnia wkładam je do jednej z szuflad w kuchni; tej ze szpargałami. Przez kilka tygodni, od czasu do czasu, dobiega z niej cichusi pisk. W końcu milknie. Następca Miłoszka odchodzi w zapomnieniu.

+