
Żyje sobie człowiek na prowincji niczego nieświadom, polu literackiemu w szkodę nie wchodzi, obcuje z ptaszkami wśród drzewek, raźno przemierza zielone pastwiska i niby niczego mu nie brak – prócz kilku rzeczy do przetrwania koniecznie potrzebnych – tymczasem licho nie śpi. Oto okrężną drogą wpada mi w ręce świeżo wykuty tekst wprost ze współczesnej literaturoznawczej mordowni, z którego dowiaduję się o poszerzaniu kanonu literaturoznawczego słownika o kilka terminów literaturoznawstwu polskiemu do przetrwania koniecznie potrzebnych. A są to: samplowanie, remiksowowanie, sequelizacja, coveryzacja tudzież narkonautyka.
Nie, nie jest to tekst o nowej płycie Taty Hemingwaya ani Córki Faulknera. To rozmowa na łamach miesięcznika („Odra” 6/2026), podjęta w imię kultywowaniu pamięci o coraz bardziej kultowym poecie – kultotwórcy też nie śpią – który „raz pojawił się jako adresat dedykacji, raz jako autor motta, innym razem jako bohater wiersza” i figura kultowa gotowa. Aha, byłbym zapomniał, jeszcze „trochę taka czarna legenda środowiska” – bez „czarnej legendy środowiska” bowiem nie ma legendy, a bez legendy z kultywowania kultu, jak wiadomo, nici. Znałem wprawdzie kilku osobników, mogących śmiało uchodzić za „czarne legendy środowiska”, które mimo to nie przeszły do legendy, ale nie było to środowisko literackie, a nawet jakby przeciwnie, tj. samo w sobie dalekie od kultury jako takiej. A bez kultury jako takiej, a zwłaszcza bez wytwarzających ją kulturotwórców, z kultywowaniem kultu ani rusz. W środowisku literackim natomiast jest to dziecinnie proste: tu dedykacja, tam motto, jakiś kijek w środowiskowe mrowisko i po sprawie.
Przydaje się także stosowny literaturoznawca, np. poszukujący w poezji doświadczeń, które byłyby „odbiciami jego zainteresowań humanistycznych” w zakresie „psychodelicznego przekraczania granic własnej podmiotowości i tych wyznaczonych przez gramatyczną normę”, jak określa to jeden z poszukiwaczy we wspomnianej w rozmowie. Można by rzecz: idealny podmiot badawczo-kultotwórczy. Jak wiadomo, dla chcącego nic trudnego. Każdy literaturoznawca poszukujący w poezji „odbicia własnych zainteresowań humanistycznych” bez trudu je w poezji odnajduje, albowiem poeci piszą o wszystkim (a jest ich legion, a nawet legiony), rozum natomiast, jak wiemy skądinąd (z psychologii), „zaprowadzi cię tam, gdzie chcesz”. Zwłaszcza jeśli taki posługujący się rozumem literaturoznawca poszukuje akurat „psychodelicznego przekraczania granic własnej podmiotowości i tych wyznaczonych przez gramatyczną normę”. Wystarczy przecież, aby poeta eksperymentował z używkami, a potem to doświadczenie niegramatycznie przelewał na papier. Osobiście znam kilku takich poetów i kilku takich literaturoznawców, którzy odnaleźli w wierszach tych poetów „odbicie ich własnych zainteresowań humanistycznych”. Nie chodzi przy tym tylko o ów psychodeliczny trop, choć jest to oczywiście jakaś wskazówka (psychodelia łatwo się udziela).
Nie dziwi też, że literaturoznawca prawdziwie poszukujący „swojego poety” i już, już go prawie łapiąc za nogi – ale jeszcze nie całkiem pewien, czy to aby na pewno są to właściwe nogi – otrzymuje nagle znak z nieba. Przebywając mianowicie na konferencji poświęconej Emilowi Zegadłowiczowi w dworku Emila Zegadłowicza (w literaturoznawstwie wszystko musi do siebie pasować), otwiera na chybił trafił tomik innego poety, a w nim, „wyobraź sobie, sąsiadują ze sobą dwa bardzo dobre wiersze. Jeden o … [tu wstaw nazwisko swojego kultowego poety], drugi poświęcony sprzątaniu dworku Emila Zegadłowicza”. „Kosmos przemówił” (Kosmos – i Gombrowicz, dodajmy), komentuje rozmówca kultotwórczego literaturoznawcy. I jakże wątpić w kultowość kultowego poety, skoro potwierdza ją nawet Najwyższa Kosmiczna Instancja?
Na marginesie można zapytać, dlaczego miana kultowego nie dostąpił na przykład ten inny poeta, autor owych „bardzo dobrych wierszy”? Bo „bardzo dobre wiersze” to za mało? Zapewne – w kwestii kultowości jakość twórczości własnej nie jest czynnikiem najistotniejszym – ale nie tylko dlatego. Na inne powody wskazuje sam literaturoznawca, spiesząc bez ogródek ze szczerym wyznaniem: „pasował mi jako autor, który już więcej nic nie napisze. Można więc zamknąć go w ramach jakiejś całości, nie zastanawiając się nad tym, że w trakcie powstawania tej pracy [magisterskiej] nagle poeta wymyśli siebie od nowa”. Oto prawdziwie literaturoznawcze marzenie każdego poszukującego badacza: znaleźć autora, „który już więcej nic nie napisze”, którego można „zamknąć w ramach jakiejś całości, nie zastanawiając się nad tym”, czy czasem nie podważy tej całości, wyskakując nagle i nie wiadomo po co z jakimiś nowymi utworami. Przedmiot badania musi przecież pasować do koncepcji badacza, w żadnym razie na odwrót. Najlepszy autor to zatem autor niepiszący. Mało, że niepiszący – przecież nabruździć może nie tylko na piśmie, ale też w mowie żywej, np. chlapiąc coś publicznie tu czy tam, nie zważając na wykuwaną z mozołem pracę naukową badacza. Krótko mówiąc, najlepszy autor to martwy autor.
Taki nikomu już nie zaszkodzi. Za to do woli można mu przypisywać samplowanie, remiksowowanie, sequelizację tudzież coveryzację, nadając tym terminom własne, arbitralne, nieprecyzyjne znaczenia, niekoniecznie przystające do analizowanej literatury. Mające jednak ten atut, że brzmią nowocześnie, rewelatorsko, modnie, a wręcz „zajebiście”. Nie to co kolaż, parodia, trawestacja, pastisz czy adaptacja, które brzmią drętwo i mętnie.
A potem niczego nieświadom czytelnik – zwiedziony aurą, famą, florą i nimbem Poety – sięga po te kultowe wiersze i projektuje na nie własne oczekiwana, dostrzegając w nich przejawy czystego geniuszu, tym samym sankcjonując i tak już dobrze ugruntowany kult. Albo przeciwnie: nie widzi w nich nic więcej poza przeciętnej jakości „czarną legendą” i równie wątpliwym „wykraczaniem poza granice gramatyki”. Nie wiadomo, co gorsze: piękna iluzja czy nagie życie?
I może lepiej, że nie wiadomo. Bo czy nie na tego typu mechanizmach zasadza się właśnie ta dziwna instytucja zwana polem literackim, a może i sama literatura? (Zwróćmy uwagę choćby na sposób, w jaki w ramach literackiego dzieła wytwarzana jest legenda czy kultowość postaci Kurtza w Jądrze ciemności. I jak to wpłynęło – i nadal wpływa – na legendę i kultowość dzieła Conrada. Abstrahując od faktu, że jest to dzieło znakomite, czy pisarz nie narzucił nam wszystkim określonego stylu jego odbioru?)
Swoją drogą, jak zatwardziałym trzeba być humanistą-literaturoznawcą, aby uzależnienie od środków psychoaktywnych – uznawane przez współczesną medycynę i większość przytomnie myślących ludzi za bezpośrednio zagrażające życiu – nazywać „doświadczeniem ośmielania świadomości” i „innym wymiarem pracy zmysłów, fundującym nową gramatykę”, a bardziej bzdurnolotnie – narkonautyką? Kosmos przemówił?
